Krzysztof Kieślowski kręcił w płockim kombinacie

Mariusz Sepioło
16.09.2011 , aktualizacja: 19.09.2011 09:30
A A A Drukuj
Płock zagrał już kiedyś w dobrym, ważnym filmie. Krzysztof Kieślowski sfilmował tu robotników Petrochemii, którzy potem - w czerwcu 1976 r. - wyszli na ulice, by strajkować przeciw podwyżce cen.
Reżyser przyjedzie tu rok przed tamtym czerwcem. Zobaczy miasto rur i kominów, poczuje zapach ropy i smaru. Przyjedzie do Płocka z gotowym scenariuszem. Ale będzie go modyfikował już na planie, kiedy zauważy, że prawdziwi robotnicy kombinatu mają do opowiedzenia więcej niż jego filmowe postaci. Wyostrzy dialogi, kiedy zobaczy w tych twarzach więcej prawdy, niż zawarł na papierze.

Będzie chciał sfilmować historię dyrektora wielkiego zakładu chemicznego z epoki Gierka. Historię wyciągniętą z prawdziwych życiorysów dyrektorów zakładów w Płocku, Puławach, Włocławku.

Fabuła jest kontrowersyjna: są lata 60., świeżo wybrany dyrektor rafinerii (Franciszek Pieczka) dowiaduje się, że kombinat, który przejął, powstał ze szkodą dla środowiska naturalnego i okolicznych mieszkańców, a pracownicy zakładu narzekają na warunki pracy. Dusi w sobie moralny dylemat: partia albo ludzie. W końcu, w grudniu '70, staje w obronie protestujących robotników.

Rok po pierwszym klapsie "Blizny" ci sami robotnicy, których filmował w płockiej petrochemii, powiedzą: dość udawania, że wszystko jest dobrze. Wyjdą na ulice.



Reżyser nie wie, że filmuje rodzący się wśród robotników prawdziwy bunt. Pracownicy petrochemii mają role do odegrania: tu muszą się ustawić, w tamtym kierunku odejść, w tym momencie krzyknąć. Ale kiedy kamera zaczyna filmować, fabuła przeradza się w dokument. Ich niezadowolenie jest prawdziwe.

Film poleży na półce kilka miesięcy. Na decydującej kolaudacji grupa oglądających "Bliznę" podzieli się na pół. Z jednej strony padną pochwały: film jest autentyczny, dojrzały, mądry. Z drugiej krytyka: zawiera błędne założenia, pozoruje rzeczywistość. Władza nie chce filmu, który zagląda jej pod kołdrę. Zwłaszcza, że właśnie zdążyła stłumić bunty w Radomiu, Ursusie i Płocku.

Ale w końcu w kinach ludzie zobaczą prawdziwych robotników i ich prawdziwe problemy. 25 czerwca 1976 r. ktoś napisze na budynku przy ul. Kochanowskiego "Ch z Gierkiem", a o 6 rano zaczną się strajki w samej petrochemii.

Partia nie będzie chciała o tym pamiętać. Rok później - jakby tamtego czerwca w ogóle nie było - odznaczy Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne Orderem Sztandaru Pracy.

Reżyserem, który filmował prawdziwą twarz kombinatu, był debiutujący w fabule Krzysztof Kieślowski. Rafineria chwaliła się zyskami. Miasto ustawiało się w kolejkach po cukier. Był upał.

Ujęcie 1: budowa

Takie decyzje zapadały w "białym domu". Był 5 stycznia 1959 r., w siedzibie KC PZPR postanowiono: wielkie polskie zakłady rafineryjne powstaną pod Płockiem. Miasto obok miasta zostanie zbudowane przez specjalnie do tego utworzone przedsiębiorstwo - Petrobudowę. Wytyczono teren budowy. Jednym ministerialnym dekretem. Kombinat miał stanąć na terenie wsi: Biała, Maszewo Małe, Draganie, Powsino, Chełpowo, Trzepowo.

Film Kieślowskiego zaczyna się od sceny, która powtarza się jeszcze kilka razy: widzimy cienie ludzi karczujących las. Później obrazek z "centrali". Sekretarz komitetu wojewódzkiego partii urządza zebranie, takie jak to, na którym zapadła decyzja o budowie płockiej rafinerii. Wcześniej zleca podwładnym, by spędzili ludzi pod okna jego gabinetu. Kiedy któryś z kacyków ma wątpliwości, czy kombinat powinien stanąć kosztem ludzi, sekretarz każe mu wyjrzeć przez okno. - My to robimy dla nich i oni tego chcą - mówi. - Powinni to zobaczyć również ci, którzy mówili coś o ptaszkach i drzewach.

Rafineria pełną parą rusza w 1970 r. W "białym domu" właśnie nastąpiła zmiana warty, teraz rządzi tandem Gierek-Jaroszewicz. Z ambicjami, by "Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej". O Płocku mówi się, że to "jeden z największych placów budowy", a Petrochemia to strategiczna inwestycja. 15 stycznia 1971 r. do miasta przyjeżdża Gierek. Przemawia: "Cieszy mnie, że w prastarym Płocku czasy dawne i nowe splatają się z pożytkiem dla dnia dzisiejszego i jutrzejszego. W przyszłości, gdy zbudujemy w naszej ojczyźnie sieć pięknych autostrad, turyści z całej Polski będą coraz liczniej odwiedzać Płock nie tylko dla potężnej Petrochemii, lecz także dla jego bogatych tysiącletnich dziejów i tradycji, dla jego historycznych zabytków".

Któregoś roku do Płocka, by zwiedzić okazały kombinat, trafi nawet limuzyna z bratem samego Muammara Kaddafiego. "Pułkownik Kaddafi", jak piszą o nim we wspomnieniach dawni włodarze rafinerii, jest wtedy bliskim sojusznikiem ludowych demokracji.

Przychodzi rok 1976. Od roku Gierkowi nie dają spać słowa ministra nauki, Sylwestra Kaliskiego, który kiedyś ostrzegł go poufnie: - W społeczeństwie istnieją złe nastroje i zbliżamy się do ciężkiego kryzysu.

Ale w oficjalnej propagandzie ludowa ojczyzna rośnie w siłę. A Płock razem z nią. Kierownictwo Petrochemii wymienia "wskaźniki rozwoju miasta": dwukrotny wzrost liczby mieszkańców, trzyipółkrotny przyrost zatrudnienia itd. Tymczasem ludzie z ogonków kolejek czekają czasem tylko na to, by usłyszeć: towaru nie ma.

24 czerwca premier Jaroszewicz ogłasza w telewizji podwyżki cen żywności. W Płocku ktoś chyba tej nocy nie może zasnąć, bo idzie na ul. Obrońców Stalingradu i na budynku nr 18 pisze farbą: "precz z PZPR".

Ujęcie 2: festyn ludowy

Jest lato 1975 r. Sławomir Idziak, późniejszy zdobywca Oskara, autor zdjęć do "Blizny", ustawia kamerę na drodze wjazdowej do rafinerii, gdzieś od strony Starej Białej. Filmuje kominy i rury, nad którymi unosi się chmura oparów. I w takiej roli Płock wystąpi w filmie Kieślowskiego. Reżyser filmuje w większości kombinat, tylko raz przeniesie się do centrum, by zarejestrować pochód pierwszomajowy pod pomnikiem Broniewskiego.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów