Z płockiego strychu. Jedenaste: Ucz się i pamiętaj
14.10.2011
, aktualizacja: 14.10.2011 20:03
Tunia Russak w paryskim mieszkaniu dzwoni do córki, która stanie przed kamienicą przy Kwiatka 9. Marie-Claude słyszy w słuchawce, jak 98-letnia kobieta mówi: - Śniłam, że znów jestem małą dziewczynką i biegam po Płocku. Stoisz już przed tym domem? Widzisz ten balkon, a tamto okno?
Przyjechało ich czternaścioro. Z gabinetu psychologa na Brooklynie, z kibucu niedaleko granicy izraelsko-libańskiej, paryskiej kamienicy. Planowali tę podróż od kilku lat. Pomysł rzucił Murry, korpulentny i wiecznie uśmiechnięty psychiatra. Mocno mobilizował wszystkich młody Josh. Chciał zobaczyć kraj i miasto, z którego pochodzi jego nieżyjąca już babcia. Zebrali się, przylecieli. Na jeden dzień, zanim ruszyli dalej, bo program napięty.
Pogoda była parszywa. Zobaczyli katedrę, muzeum słynące w Europie ze zbiorów secesji, z hotelowego tarasu - Wisłę targaną wiatrem. Nie zdążyli poznać cmentarza i budynku po dawnym szpitalu. Choć wyjechali spełnieni, bo weszli do kamienicy przy Kwiatka 9. Nie Warszawa, Tykocin, Treblinka czy Kraków - to ona, jak potem powie Danny, była sercem wyprawy do Starego Kraju. Pierwszej i może ostatniej w ich życiu, mają już przecież swoje lata. Trzypiętrowa kamienica zwana była przed wojną Domem Praszkiera.
Marie-Claude zwłaszcza w Płocku nie rozstawała się z komórką. Często dzwoniła jej mama. Do kamienicy przy Kwiatka 9 Marie-Claude musiała wchodzić z telefonem przy uchu. Głos po drugiej stronie służył za przewodnika. "Widzisz ten balkon, a tamto okno? Wejdź przez te drzwi na pierwsze piętro, środkowe drzwi". Mama Tunia ma 98 lat. Ale wielu znających ją zaklina się, że to kobieta o sprawności 20-latki, jeszcze przed dwoma laty siadała za kierownicą samochodu. I wygląda młodo.
Marie-Claude zapukała do drzwi. Otworzyła młoda kobieta, pozwoliła wejść do środka. Milczenie, drżenie z emocji, spełnienie. Tunia Russak powiedziała córce dzień wcześniej, że śniła, że jest małą dziewczynką i znów mieszka w Płocku.
Kamienica wyładniała, z innymi lokatorami
Powstawała przez blisko pięć lat w pierwszym dziesięcioleciu XX w. Podobno na licytacji kupił ją Syne Praszkier, przybysz z Włocławka. Był jej właścicielem do 1939 r.
W kamienicy prócz prywatnych mieszkań była siedziba Żydowskiego Towarzystwa Gimnastyczno-Sportowego Makabi Płock, które powstało w 1915 r. Promowało kondycję fizyczną głównie wśród młodzieży żydowskiej, działały w nim sekcje piłki nożnej, lekkoatletyki, koszykówki, ping-ponga, boksu, kolarstwa, kajakarstwa, szachów, hokeja, łyżwiarstwa i brydża. Makabi posiadało swój sztandar, brało udział w defiladach podczas świąt narodowych. W 1920 r. nastąpiła przerwa w działalności towarzystwa. Bo wielu jego członków zostało powołanych do wojska przed wojną polsko-bolszewicką.
Makabi mogło pochwalić się zwłaszcza mocno rozwiniętą sekcją piłkarską. W niej, a także w sekcji wioślarskiej zrzeszony był Rudek Lubraniecki, który potem zginął bohaterską śmiercią podczas zbrojnego buntu Żydów w Treblince w 1943 r. Bardzo dobrym gimnastykiem z kolei był Gutek Flajszer. W 1939 r., gdy pełnił służbę w punkcie obserwacyjnym ostrzegającym o zbliżających się do Płocka niemieckich samolotach, owładnęła go mania prześladowcza. Kiedy pewnego dnia pobiegł ulicą, krzycząc o zatrutych muchach zrzuconych na Płock, śmiertelnie postrzelił go polski patrol.
Po wojnie Syne Praszkier nie wrócił do Płocka. Nigdzie już nie wrócił.
Po końcu żydowskiego świata kamienicą nie miał się kto opiekować. Popadała w ruinę, bo skarb państwa zaczął obciążać nieruchomość kosztami remontów. W końcu przejął cały dom, potem przekazał gminie Płock, a ta Agencji Rewitalizacji Starówki. Uratowana kamienica wyładniała, tylko lokatorzy w niej już inni.
Tunia zakochana w niedoszłym rabinie
Przed wojną w kamienicy mieszkali Kowalscy. Mieli dziewięcioro dzieci, w tym trzy córki: Tunię, Bronkę i Franię. W Płocku pojawili się właśnie ich potomkowie. I dzięki nim poznaliśmy losy trzech żydowskich dziewczyn, które tu się urodziły i dorastały.
Oto nastoletnia Tunia Kowalska. Zachwycała zdolnością do nauki. W Gimnazjum Żydowskim przy Kolegialnej 28 musiała uzyskać specjalne pozwolenie, by przystąpić do matury, bo była zbyt młoda. Nauka nie była jej całym światem, od kiedy poznała kilka lat starszego od siebie Hersza Russaka. Chodził do tego samego gimnazjum, choć niewiele brakowało, by go w tej szkole wcale nie było. Ojciec przeznaczył mu bowiem rolę świętego męża z brodą, jarmułką, tłumaczącego wiernym tajemnice Tory. Dlatego, żeby Hersz mógł zostać rabinem, posłał syna do jesziwy w płockiej bożnicy. Chłopak nie czuł powołania, wolał zdecydowanie medycynę. Stary Russak zżymał się na to okropnie, aż mu żona zagroziła, że jeśli nie pozwoli synowi na samodzielne decyzje o własnym życiu, to ona od niego odejdzie. Russak przestraszył się nie na żarty, w tamtych czasach nie tylko wśród Żydów zresztą tak stanowcza postawa połowicy była raczej nie do pomyślenia. Ostatecznie Hersz po dwóch latach odszedł z jesziwy, rozpoczął naukę w gimnazjum, no i poznał Tunię.
Oboje wyjechali studiować medycynę do francuskiego Tours. W Polsce lat 30. ub. wieku nie było przecież klimatu, by Żydzi mogli spokojnie studiować na równi z "prawdziwymi" Polakami. Młodzi pobrali się, a po studiach zaczęli pracować w szpitalu. Aż do Francji dotarła wojna. Hersz, typowy intelektualista, mistrzem w posługiwaniu się bronią nie był, ale bardzo chciał walczyć. Nie było mu jednak dane, bo jak wiadomo, marszałek Petain zdążył podpisać kapitulację, zanim doszło do poważnych starć zbrojnych.
Dla Żydów we Francji nadeszły ciężkie czasy. Hersz, podstępem schwytany pod pretekstem wezwania w jakiejś sprawie na policję, był trzymany przez rok w obozie pod Paryżem. W 1942 r. przewieziono go do obozu pracy przymusowej w Goleszowie, traktowanego jako część kompleksu Auschwitz-Birkenau. Tam nie zapomniał o życiowym powołaniu i leczył współwięźniów.
Był twardy. Przeżył Goleszów, potem jeden z morderczych "marszów śmierci", nie dał się wycieńczeniu i tyfusowi. We Francji przeżyła Tunia. Kiedy została wyrzucona ze szpitala, jedna z przyjaciółek, zważywszy na ogromną fachowość płocczanki, pozwalała jej przychodzić potajemnie na wykłady, by ta nie straciła kontaktu z medycyną. Inna przyjaciółka ukrywała ją w Paryżu, niedaleko katedry Notre-Dame. Marie-Claude Russak, córka Tuni i Hersza nieżyjącego od 15 lat, jest radiologiem, pracuje w Saint-Maur-des-Fosses pod Paryżem.
Franka chciała wracać, mąż nie pozwolił
Tamar Okonowski mieszka w kibucu Szomrat na północy Izraela, niecałe 20 km od zamkniętej granicy z Libanem. Jest psychologiem. Kibuc powstał w tym samym roku, w którym do żydowskiej Ziemi Obiecanej przyjechała jej mama Franka. To był rok 1948.
Ale z rodzinnego Płocka Franka wyjechała znacznie wcześniej. Ruszyła śladem Tuni i Hersza do Tours, by studiować farmaceutykę. Płock już do końca życia kojarzył się jej z Wisłą i wachlarzem politycznych poglądów miejscowych Żydów, nie wyłączając jej rodziny. Nahum Kowalski, jej brat, jeszcze w latach 20. wyjechał do Palestyny z powodów religijnych. Marek Kowalski, drugi brat, uwierzył w komunizm. W 1931 r. jako inżynier wodny pojechał do ZSRR ze swoją żoną Heleną Guterman, też z Płocka, i ich rocznym synkiem Ludwikiem. Tam przekonał się boleśnie, jak ów wspaniały komunizm wygląda w ojczyźnie światowego proletariatu. Namawiano go, żeby wziął udział w brudnej prowokacji przeciwko swojemu koledze. Odmówił. No to uznali go za szpiega, wroga ludu. Marek został zesłany do Magadanu, gdzie zimą temperatura regularnie spadała do minus 40. Kiedy Helena dostała wiadomość, że jej mąż rozchorował się i zmarł, zimą ruszyła do lasu. Z ogromnego żalu i tęsknoty postanowiła zamarznąć, tak jak on. Uratowali ją dobrzy ludzie, nakarmili ciepłą zupą. Po wojnie wróciła z prawie dorosłym Ludwikiem do Polski. Do końca życia pracowała w sierocińcu w Warszawie, została pochowana na cmentarzu żydowskim przy Okopowej.
Jej syn studiował na stołecznej Politechnice. Był na tyle zdolny, że profesorowie wysłali go na studia do Orsay we Francji. Helena odradzała mu powrót do Polski. Przekonywała, że w ojczyźnie nie dopuszczą go do żadnych ważnych zadań. On uważał, że nie może tego zrobić swoim profesorom i honorowo wrócił. Ale to mama miała rację. Z pomocą znów przyszli profesorowie. Na adres uczelni przyszło zaproszenie dla Ludwika ze Stanów Zjednoczonych. Miał wygłosić wykład na bardzo prestiżowej konferencji. I to właśnie profesorowie zdołali przekonać ministerstwo, że to ogromny zaszczyt, a odmowa byłaby wielkim afrontem i wstydem dla Polski. Ale z USA Ludwik już nie wrócił. Kiedy już zdołał udowodnić, że nie jest komunistycznym szpiegiem, został wykładowcą fizyki na najbardziej cenionych amerykańskich uczelniach. Kilka lat temu przyjechał z rodziną do Warszawy, by pokazać bliskim "swoją" politechnikę.
Wróćmy jednak do Franki Kowalskiej. W Tours poznała Henryka Okonowskiego, Żyda z Płocka. Już jako para wyjechali kontynuować studia do Bolonii. Potem chcieli wracać do rodzinnego miasta, ale Henryk przeczuwał, co się święci, i zostali we Włoszech. Tam przeżyli wojnę. Jeszcze przed wyjazdem do Palestyny urodzili się im Tamar i Szraga, który mieszka w izraelskim Pardes Hanna-Karkur i jest weterynarzem.
Franka zmarła w 1996 r. Prócz wspomnień o Wiśle i politycznym rodzinnym tyglu zostawiła swoim dzieciom pamięć o rodzicach, a ich dziadkach. Byli nimi Zisa i Abraham Kowalscy. Dawni lokatorzy kamienicy przy Kwiatka 9, wtedy Szerokiej. Zisa miała być dobrym aniołem charytatywnej organizacji pomagającej biednym. I dbającym o edukację swoich dzieci. Zisa i Abraham zginęli w Treblice.
Bronka uczyła się kultury w rodzinnym mieście
Wartość edukacji wbijała do głowy swoim dzieciom także Bronka z domu Kowalska. Jeszcze jako panna wyjechała z Płocka do Toronto śladami starszego brata Moryca, chemika. Był rok 1927.
W Kanadzie poznała Ojzela Cohena, biednego jak mysz kościelna przybysza z Golubia-Dobrzynia. Wzięli ślub po sześciu latach. Bronka pracowała w fabryce czapek. W 1944 r. przenieśli się do Nowego Jorku. Ich syn Murry mieszka teraz w Wirginii, jest psychiatrą, nie ma dzieci. Drugi syn Danny prowadzi gabinet psychologiczny na Brooklynie, ma syna Josha.
Bronka Cohen, zanim zmarła w 1999 r., nie tylko nauczyła ich, jak wielka jest wartość wykształcenia, ale zaszczepiła im też świadomość, że trzeba pamiętać o kulturze. Bo bez niej człowiek zapomina o korzeniach, nie ma umiejętności krytycznego myślenia i świadomości odróżniania dobra od zła. Kiedy synowie pytali, dlaczego mówi o tym z naciskiem, odpowiadała, że tak ją uczono w Płocku, który zapamiętała dobrze. Tak uczyli ją jej rodzice i rodzeństwo.
Dziś wszyscy potomkowie Kowalskich z kamienicy przy Kwiatka 9, dawniej Szeroka, widzą, jak mądre były ich matki i babki. Dlatego przyjechali na jeden dzień tam, gdzie to wszystko się zaczęło. Nie ma już tamtego świata. - Ale jest Wisła - powiedział Murry. - Zupełnie taka jak w rodzinnych wspomnieniach. Piękna...
rafal.kowalski@plock.agora.pl
Pogoda była parszywa. Zobaczyli katedrę, muzeum słynące w Europie ze zbiorów secesji, z hotelowego tarasu - Wisłę targaną wiatrem. Nie zdążyli poznać cmentarza i budynku po dawnym szpitalu. Choć wyjechali spełnieni, bo weszli do kamienicy przy Kwiatka 9. Nie Warszawa, Tykocin, Treblinka czy Kraków - to ona, jak potem powie Danny, była sercem wyprawy do Starego Kraju. Pierwszej i może ostatniej w ich życiu, mają już przecież swoje lata. Trzypiętrowa kamienica zwana była przed wojną Domem Praszkiera.
Marie-Claude zwłaszcza w Płocku nie rozstawała się z komórką. Często dzwoniła jej mama. Do kamienicy przy Kwiatka 9 Marie-Claude musiała wchodzić z telefonem przy uchu. Głos po drugiej stronie służył za przewodnika. "Widzisz ten balkon, a tamto okno? Wejdź przez te drzwi na pierwsze piętro, środkowe drzwi". Mama Tunia ma 98 lat. Ale wielu znających ją zaklina się, że to kobieta o sprawności 20-latki, jeszcze przed dwoma laty siadała za kierownicą samochodu. I wygląda młodo.
Marie-Claude zapukała do drzwi. Otworzyła młoda kobieta, pozwoliła wejść do środka. Milczenie, drżenie z emocji, spełnienie. Tunia Russak powiedziała córce dzień wcześniej, że śniła, że jest małą dziewczynką i znów mieszka w Płocku.
Kamienica wyładniała, z innymi lokatorami
Powstawała przez blisko pięć lat w pierwszym dziesięcioleciu XX w. Podobno na licytacji kupił ją Syne Praszkier, przybysz z Włocławka. Był jej właścicielem do 1939 r.
W kamienicy prócz prywatnych mieszkań była siedziba Żydowskiego Towarzystwa Gimnastyczno-Sportowego Makabi Płock, które powstało w 1915 r. Promowało kondycję fizyczną głównie wśród młodzieży żydowskiej, działały w nim sekcje piłki nożnej, lekkoatletyki, koszykówki, ping-ponga, boksu, kolarstwa, kajakarstwa, szachów, hokeja, łyżwiarstwa i brydża. Makabi posiadało swój sztandar, brało udział w defiladach podczas świąt narodowych. W 1920 r. nastąpiła przerwa w działalności towarzystwa. Bo wielu jego członków zostało powołanych do wojska przed wojną polsko-bolszewicką.
Makabi mogło pochwalić się zwłaszcza mocno rozwiniętą sekcją piłkarską. W niej, a także w sekcji wioślarskiej zrzeszony był Rudek Lubraniecki, który potem zginął bohaterską śmiercią podczas zbrojnego buntu Żydów w Treblince w 1943 r. Bardzo dobrym gimnastykiem z kolei był Gutek Flajszer. W 1939 r., gdy pełnił służbę w punkcie obserwacyjnym ostrzegającym o zbliżających się do Płocka niemieckich samolotach, owładnęła go mania prześladowcza. Kiedy pewnego dnia pobiegł ulicą, krzycząc o zatrutych muchach zrzuconych na Płock, śmiertelnie postrzelił go polski patrol.
Po wojnie Syne Praszkier nie wrócił do Płocka. Nigdzie już nie wrócił.
Po końcu żydowskiego świata kamienicą nie miał się kto opiekować. Popadała w ruinę, bo skarb państwa zaczął obciążać nieruchomość kosztami remontów. W końcu przejął cały dom, potem przekazał gminie Płock, a ta Agencji Rewitalizacji Starówki. Uratowana kamienica wyładniała, tylko lokatorzy w niej już inni.
Tunia zakochana w niedoszłym rabinie
Przed wojną w kamienicy mieszkali Kowalscy. Mieli dziewięcioro dzieci, w tym trzy córki: Tunię, Bronkę i Franię. W Płocku pojawili się właśnie ich potomkowie. I dzięki nim poznaliśmy losy trzech żydowskich dziewczyn, które tu się urodziły i dorastały.
Oto nastoletnia Tunia Kowalska. Zachwycała zdolnością do nauki. W Gimnazjum Żydowskim przy Kolegialnej 28 musiała uzyskać specjalne pozwolenie, by przystąpić do matury, bo była zbyt młoda. Nauka nie była jej całym światem, od kiedy poznała kilka lat starszego od siebie Hersza Russaka. Chodził do tego samego gimnazjum, choć niewiele brakowało, by go w tej szkole wcale nie było. Ojciec przeznaczył mu bowiem rolę świętego męża z brodą, jarmułką, tłumaczącego wiernym tajemnice Tory. Dlatego, żeby Hersz mógł zostać rabinem, posłał syna do jesziwy w płockiej bożnicy. Chłopak nie czuł powołania, wolał zdecydowanie medycynę. Stary Russak zżymał się na to okropnie, aż mu żona zagroziła, że jeśli nie pozwoli synowi na samodzielne decyzje o własnym życiu, to ona od niego odejdzie. Russak przestraszył się nie na żarty, w tamtych czasach nie tylko wśród Żydów zresztą tak stanowcza postawa połowicy była raczej nie do pomyślenia. Ostatecznie Hersz po dwóch latach odszedł z jesziwy, rozpoczął naukę w gimnazjum, no i poznał Tunię.
Oboje wyjechali studiować medycynę do francuskiego Tours. W Polsce lat 30. ub. wieku nie było przecież klimatu, by Żydzi mogli spokojnie studiować na równi z "prawdziwymi" Polakami. Młodzi pobrali się, a po studiach zaczęli pracować w szpitalu. Aż do Francji dotarła wojna. Hersz, typowy intelektualista, mistrzem w posługiwaniu się bronią nie był, ale bardzo chciał walczyć. Nie było mu jednak dane, bo jak wiadomo, marszałek Petain zdążył podpisać kapitulację, zanim doszło do poważnych starć zbrojnych.
Dla Żydów we Francji nadeszły ciężkie czasy. Hersz, podstępem schwytany pod pretekstem wezwania w jakiejś sprawie na policję, był trzymany przez rok w obozie pod Paryżem. W 1942 r. przewieziono go do obozu pracy przymusowej w Goleszowie, traktowanego jako część kompleksu Auschwitz-Birkenau. Tam nie zapomniał o życiowym powołaniu i leczył współwięźniów.
Był twardy. Przeżył Goleszów, potem jeden z morderczych "marszów śmierci", nie dał się wycieńczeniu i tyfusowi. We Francji przeżyła Tunia. Kiedy została wyrzucona ze szpitala, jedna z przyjaciółek, zważywszy na ogromną fachowość płocczanki, pozwalała jej przychodzić potajemnie na wykłady, by ta nie straciła kontaktu z medycyną. Inna przyjaciółka ukrywała ją w Paryżu, niedaleko katedry Notre-Dame. Marie-Claude Russak, córka Tuni i Hersza nieżyjącego od 15 lat, jest radiologiem, pracuje w Saint-Maur-des-Fosses pod Paryżem.
Franka chciała wracać, mąż nie pozwolił
Tamar Okonowski mieszka w kibucu Szomrat na północy Izraela, niecałe 20 km od zamkniętej granicy z Libanem. Jest psychologiem. Kibuc powstał w tym samym roku, w którym do żydowskiej Ziemi Obiecanej przyjechała jej mama Franka. To był rok 1948.
Ale z rodzinnego Płocka Franka wyjechała znacznie wcześniej. Ruszyła śladem Tuni i Hersza do Tours, by studiować farmaceutykę. Płock już do końca życia kojarzył się jej z Wisłą i wachlarzem politycznych poglądów miejscowych Żydów, nie wyłączając jej rodziny. Nahum Kowalski, jej brat, jeszcze w latach 20. wyjechał do Palestyny z powodów religijnych. Marek Kowalski, drugi brat, uwierzył w komunizm. W 1931 r. jako inżynier wodny pojechał do ZSRR ze swoją żoną Heleną Guterman, też z Płocka, i ich rocznym synkiem Ludwikiem. Tam przekonał się boleśnie, jak ów wspaniały komunizm wygląda w ojczyźnie światowego proletariatu. Namawiano go, żeby wziął udział w brudnej prowokacji przeciwko swojemu koledze. Odmówił. No to uznali go za szpiega, wroga ludu. Marek został zesłany do Magadanu, gdzie zimą temperatura regularnie spadała do minus 40. Kiedy Helena dostała wiadomość, że jej mąż rozchorował się i zmarł, zimą ruszyła do lasu. Z ogromnego żalu i tęsknoty postanowiła zamarznąć, tak jak on. Uratowali ją dobrzy ludzie, nakarmili ciepłą zupą. Po wojnie wróciła z prawie dorosłym Ludwikiem do Polski. Do końca życia pracowała w sierocińcu w Warszawie, została pochowana na cmentarzu żydowskim przy Okopowej.
Jej syn studiował na stołecznej Politechnice. Był na tyle zdolny, że profesorowie wysłali go na studia do Orsay we Francji. Helena odradzała mu powrót do Polski. Przekonywała, że w ojczyźnie nie dopuszczą go do żadnych ważnych zadań. On uważał, że nie może tego zrobić swoim profesorom i honorowo wrócił. Ale to mama miała rację. Z pomocą znów przyszli profesorowie. Na adres uczelni przyszło zaproszenie dla Ludwika ze Stanów Zjednoczonych. Miał wygłosić wykład na bardzo prestiżowej konferencji. I to właśnie profesorowie zdołali przekonać ministerstwo, że to ogromny zaszczyt, a odmowa byłaby wielkim afrontem i wstydem dla Polski. Ale z USA Ludwik już nie wrócił. Kiedy już zdołał udowodnić, że nie jest komunistycznym szpiegiem, został wykładowcą fizyki na najbardziej cenionych amerykańskich uczelniach. Kilka lat temu przyjechał z rodziną do Warszawy, by pokazać bliskim "swoją" politechnikę.
Wróćmy jednak do Franki Kowalskiej. W Tours poznała Henryka Okonowskiego, Żyda z Płocka. Już jako para wyjechali kontynuować studia do Bolonii. Potem chcieli wracać do rodzinnego miasta, ale Henryk przeczuwał, co się święci, i zostali we Włoszech. Tam przeżyli wojnę. Jeszcze przed wyjazdem do Palestyny urodzili się im Tamar i Szraga, który mieszka w izraelskim Pardes Hanna-Karkur i jest weterynarzem.
Franka zmarła w 1996 r. Prócz wspomnień o Wiśle i politycznym rodzinnym tyglu zostawiła swoim dzieciom pamięć o rodzicach, a ich dziadkach. Byli nimi Zisa i Abraham Kowalscy. Dawni lokatorzy kamienicy przy Kwiatka 9, wtedy Szerokiej. Zisa miała być dobrym aniołem charytatywnej organizacji pomagającej biednym. I dbającym o edukację swoich dzieci. Zisa i Abraham zginęli w Treblice.
Bronka uczyła się kultury w rodzinnym mieście
Wartość edukacji wbijała do głowy swoim dzieciom także Bronka z domu Kowalska. Jeszcze jako panna wyjechała z Płocka do Toronto śladami starszego brata Moryca, chemika. Był rok 1927.
W Kanadzie poznała Ojzela Cohena, biednego jak mysz kościelna przybysza z Golubia-Dobrzynia. Wzięli ślub po sześciu latach. Bronka pracowała w fabryce czapek. W 1944 r. przenieśli się do Nowego Jorku. Ich syn Murry mieszka teraz w Wirginii, jest psychiatrą, nie ma dzieci. Drugi syn Danny prowadzi gabinet psychologiczny na Brooklynie, ma syna Josha.
Bronka Cohen, zanim zmarła w 1999 r., nie tylko nauczyła ich, jak wielka jest wartość wykształcenia, ale zaszczepiła im też świadomość, że trzeba pamiętać o kulturze. Bo bez niej człowiek zapomina o korzeniach, nie ma umiejętności krytycznego myślenia i świadomości odróżniania dobra od zła. Kiedy synowie pytali, dlaczego mówi o tym z naciskiem, odpowiadała, że tak ją uczono w Płocku, który zapamiętała dobrze. Tak uczyli ją jej rodzice i rodzeństwo.
Dziś wszyscy potomkowie Kowalskich z kamienicy przy Kwiatka 9, dawniej Szeroka, widzą, jak mądre były ich matki i babki. Dlatego przyjechali na jeden dzień tam, gdzie to wszystko się zaczęło. Nie ma już tamtego świata. - Ale jest Wisła - powiedział Murry. - Zupełnie taka jak w rodzinnych wspomnieniach. Piękna...
rafal.kowalski@plock.agora.pl
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć
