Paweł Nowak, ojciec kombinatu, wiedział kto i kiedy
18.11.2011
, aktualizacja: 18.11.2011 19:12
Pierwszy dyrektor Mazowieckich Zakładów Rafineryjnych i Petrochemicznych mieszkał w kawalerce przy Jachowicza, tuż nad restauracją "Kolorowa". Lokalizacja dawała się we znaki jego podwładnym. Szef zawsze był świetnie zorientowany kto i kiedy bawił się do późnej nocy.
Tym wszechwiedzącym był Paweł Nowak. - Osoba z ewidentną charyzmą. Nie musiał sobie budować autorytetu. On go po prostu miał - pisze Maciej Górzyński w wydawnictwie "Protoplaści Orlenu".
W sobotę imię Pawła Nowaka otrzyma aleja zlokalizowana między ul. Tysiąclecia i al. Kobylińskiego, będąca przedłużeniem pasażu Antoniego Roguckiego. W ciągu alei stanie też postument z tablicą pamiątkową. Z inicjatywą upamiętnienia w ten sposób pierwszego dyrektora MZRiP wyszło Stowarzyszenie Płockich Naftowców.
Paweł Nowak przyjechał do Płocka pod koniec 1959 roku. 1 grudnia ówczesny minister przemysłu chemicznego powołał go na stanowisko dyrektora naczelnego MZRiP. Jego pierwsze biuro mieściło się w budynku przy al. Jachowicza 38, tam, gdzie dzisiaj jest Hotel Płock. Zaledwie około 150 metrów od wspomnianej już restauracji pod numerem 42. Górzyński pisze: „W ówczesnym Płocku były dwie restauracje cenione najbardziej: »Pod strzechą « na rogu Tumskiej i Kościuszki oraz właśnie »Kolorowa «. Opuszczanie lokalu późnym wieczorem lub wręcz nocą, w doskonałych nastrojach, nie było zbyt ciche i nieraz stawiało na nogi całą kamienicę, w tym lokatora kawalerki. Mimo woli był więc zorientowany... kto i kiedy. Lubił wiedzieć i to przydawało mu się później w różnych sytuacjach. Zaskakiwał tym nieraz w rozmowach swoich interlokutorów”.
Paweł Nowak przyjmował do pracy pierwszych pracowników kombinatu. Na angażach często podpisywał się... kredką. Miał taki zwyczaj, że zawsze podpisywał dokumenty tym, co akurat znalazł pod ręką. Na liście płac w styczniu 1960 rok było 13 nazwisk - trzech pracowników fizycznych i dziesięciu umysłowych.
Rafineria rosła w siłę, a dyrektor wysyłał młodych inżynierów, żeby zdobywali doświadczenie ze granicą. We Włoszech, Rumunii, Anglii, Azerbejdżanie. Jeden z nich, Maciej Górzyński, opisuje swoją rozmowę z dyrektorem, gdy zdesperowany i zmęczony chciał zrezygnować z pracy. Nowak odpowiedział mu wtedy: "Panie inżynierze, jest pan jeszcze młodym człowiekiem i wszystko przed panem. Wszyscy mamy trudności. Niech pan popatrzy, wybudowałem i uruchomiłem największą w Polsce destylację rurowo-wieżową, a ta zaraz się spaliła. Czy pan wie? Pół Polski się ze mnie śmiało! Proszę zabrać to wypowiedzenie, ja jego nie widziałem".
Dyrektor by dla swoich pracowników jak dobry ojciec. Ale taki, przed którym wszyscy czują respekt. Wiesław Kołsut w "Protoplastach..." wspomina: "Wracam kiedyś z Zakładu do biura. W naszym wspólnym sekretariacie z dyrektorem naczelnym siedzi jakaś kobieta i płacze. Pytam dlaczego.
- A bo byłam u dyrektora Nowaka!
- No i co?
- Prosiłam o mieszkanie.
- Nie dał?
- Dał!
- No to czemu pani płacze?
- Bo ja się tak bałam dyrektora...
Dyrektor Nowak rzeczywiście wzbudzał respekt i rozmowy z nim nie były łatwe".
Inna z pań, żona Henryka Rybaka, wykazała się większą odwagą. Mężczyzna miał kiedyś do wykonania pilną pracę. Dyrektor nakazał mu wziąć samochód służbowy, jechać na obiad a potem wrócić do biura. Rybak zapomniał jednak, że akurat w tym dniu nie ma obiadu w domu, ale jest umówiony na obiad z rodzicami w Łącku. Jego zdenerwowana żona poprosiła o numer telefonu do dyrektora i płacząc zapytała: "Czy to prawda, że mąż ma wrócić do pracy? Czy pan wie, że mąż od trzech tygodni nie zjadł porządnie obiadu a dziś wreszcie mieliśmy, jak prawdziwa rodzina, zjeść obiad z rodzicami? Dlaczego pan tak męczy ludzi?" Dyrektor nakazał Henrykowi Rybakowi zostać w domu. Kilka dni później dał mu nagrodę. - Niech pan kupi żonie jakąś bluzkę i niech ona na mnie tak nie krzyczy - powiedział.
Jak wspominają pracownicy Nowaka, ich szef miał poczucie humoru i nie obrażał się o byle co. Wiesław Kołsut pisze: "(...) to był pan raczej niskiego wzrostu. Kiedyś w trakcie przerwy w jakiejś konferencji stał otoczony szczelnie rozmówcami. Do sali wbiegła Krysia Łepkowska, jego sekretarka. Rozejrzała się i, nie widząc zasłoniętego szefa, zapytała:
- Pawełek jest?
Na to dyrektor Nowak, rozsunąwszy otaczających go ludzi zapytał:
- Jest! A bo co?
Nie obrażał się na takie rzeczy".
Jerzy Drobniak pisze, jak pewnego razu razem z kolegą wybrał się na imieninową kawę do koleżanki z innego pokoju. Kiedy wrócili, tuż przed zakończeniem pracy, zobaczyli, że ich palta zniknęły z wieszaka. Okazało się, że zabrał je dyrektor. I kazał pracownikom przyjść po nie po godz. 18, kiedy i on kończy pracę. A potem odwiózł ich limuzyną do domu. Panowie z kolei obiecali sobie, że na imieniny wyjdą już tylko wtedy, gdy ktoś w biurze zostanie na stanowisku.
Innym razem "na gorącym uczynku" dyrektor przyłapał zastępcę jednego z działów. Odkrył, że w pokoju pali się światło, a pracownika dawno nie ma w biurze. Henryk Rybak wspomina, że w dzień po zdarzeniu był świadkiem rozmowy pracodawcy z podwładnym. Opisuje to tak:
"- Panie Ulicki, niech pan nie udaje, że pan tak długo pracuje. Co, Nowaka chce pan oszukać? Ja pana każę obciążyć za zużyty prąd!
Ulicki, wykorzystując swoje semickie rysy, zrobił biedną minę i zaczął z żydowskim akcentem tłumaczyć. Nowak mu przerwał.
- Panie Ulicki! Niech pan nie udaje Żyda! Żyd to ja! I niech pan nie kłamie".
Wielu pracowników wspomina dyrektora Nowaka jako człowieka bardzo słownego. Do tej pory są pod wrażeniem jego doskonałej pamięci. W czasie kontroli budów Nowak zatrzymywał się przy instalacjach i rozmawiał z pracownikami. Okazywało się, że pamięta nie tylko ich nazwiska, ale często także imiona dzieci. - Było to niekiedy zgubne dla nas, jego współpracowników, kiedy nam się coś zapomniało... a on pamiętał - wspomina Henryk Rybak. Opisuje także, że dyrektor Nowak był niezwykle pedantyczny. Jego biurko zwykle było puste. Leżał na nim jeden, najwyżej dwa papiery.
Paweł Nowak był dyrektorem kombinatu do 1967 roku. Już w 1966 roku przeszedł stan przedzawałowy. W następnym roku najpierw chorował, potem wracał z przerwami po to, żeby załatwić najważniejsze, strategiczne sprawy. Bieżąca produkcja biegła już poza nim. A w kraju narastały niepokoje. Sprawę przypieczętował marzec 1968 roku. Paweł Nowak formalnie odszedł z pracy 30 kwietnia, ale faktycznie zrobił to już na początku roku. Nie chciał wyjeżdżać z kraju, ale naciski były zbyt wielkie. W październiku 1969 roku wyemigrował do Danii, niedługo potem przeniósł nie do Niemiec. Pracował w wydziale ochrony radiologicznej dużego koncernu. W 1973 roku dostał zawału serca. Przeszedł leczenie, a po nim dużo podróżował po Europie i świecie. Zawsze jednak bardzo interesował się sytuacją w kraju i tym, jak rozwijają się MZRiP. Zmarł w 1982 roku.
Podczas pisania artykułu korzystaliśmy z publikacji: „Protoplaści ORLENU. O nich się mówiło - Paweł Nowak”; Zespół redakcyjny: Maciej Górzyński, Kazimierz Klęk, Wiesław Kołsut, Ferdynand Niśkiewicz, Zdzisław Nycz, Henryk Rybak; Tekst wiodący: Maciej Górzyński; Fotografie: ze zbiorów prywatnych; Instytucje sprawcze: Stowarzyszenie Płockich Naftowców, Oddział Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Przemysłu Chemicznego w Płocku; Płock 2008.
W sobotę imię Pawła Nowaka otrzyma aleja zlokalizowana między ul. Tysiąclecia i al. Kobylińskiego, będąca przedłużeniem pasażu Antoniego Roguckiego. W ciągu alei stanie też postument z tablicą pamiątkową. Z inicjatywą upamiętnienia w ten sposób pierwszego dyrektora MZRiP wyszło Stowarzyszenie Płockich Naftowców.
Paweł Nowak przyjechał do Płocka pod koniec 1959 roku. 1 grudnia ówczesny minister przemysłu chemicznego powołał go na stanowisko dyrektora naczelnego MZRiP. Jego pierwsze biuro mieściło się w budynku przy al. Jachowicza 38, tam, gdzie dzisiaj jest Hotel Płock. Zaledwie około 150 metrów od wspomnianej już restauracji pod numerem 42. Górzyński pisze: „W ówczesnym Płocku były dwie restauracje cenione najbardziej: »Pod strzechą « na rogu Tumskiej i Kościuszki oraz właśnie »Kolorowa «. Opuszczanie lokalu późnym wieczorem lub wręcz nocą, w doskonałych nastrojach, nie było zbyt ciche i nieraz stawiało na nogi całą kamienicę, w tym lokatora kawalerki. Mimo woli był więc zorientowany... kto i kiedy. Lubił wiedzieć i to przydawało mu się później w różnych sytuacjach. Zaskakiwał tym nieraz w rozmowach swoich interlokutorów”.
Paweł Nowak przyjmował do pracy pierwszych pracowników kombinatu. Na angażach często podpisywał się... kredką. Miał taki zwyczaj, że zawsze podpisywał dokumenty tym, co akurat znalazł pod ręką. Na liście płac w styczniu 1960 rok było 13 nazwisk - trzech pracowników fizycznych i dziesięciu umysłowych.
Rafineria rosła w siłę, a dyrektor wysyłał młodych inżynierów, żeby zdobywali doświadczenie ze granicą. We Włoszech, Rumunii, Anglii, Azerbejdżanie. Jeden z nich, Maciej Górzyński, opisuje swoją rozmowę z dyrektorem, gdy zdesperowany i zmęczony chciał zrezygnować z pracy. Nowak odpowiedział mu wtedy: "Panie inżynierze, jest pan jeszcze młodym człowiekiem i wszystko przed panem. Wszyscy mamy trudności. Niech pan popatrzy, wybudowałem i uruchomiłem największą w Polsce destylację rurowo-wieżową, a ta zaraz się spaliła. Czy pan wie? Pół Polski się ze mnie śmiało! Proszę zabrać to wypowiedzenie, ja jego nie widziałem".
Dyrektor by dla swoich pracowników jak dobry ojciec. Ale taki, przed którym wszyscy czują respekt. Wiesław Kołsut w "Protoplastach..." wspomina: "Wracam kiedyś z Zakładu do biura. W naszym wspólnym sekretariacie z dyrektorem naczelnym siedzi jakaś kobieta i płacze. Pytam dlaczego.
- A bo byłam u dyrektora Nowaka!
- No i co?
- Prosiłam o mieszkanie.
- Nie dał?
- Dał!
- No to czemu pani płacze?
- Bo ja się tak bałam dyrektora...
Dyrektor Nowak rzeczywiście wzbudzał respekt i rozmowy z nim nie były łatwe".
Inna z pań, żona Henryka Rybaka, wykazała się większą odwagą. Mężczyzna miał kiedyś do wykonania pilną pracę. Dyrektor nakazał mu wziąć samochód służbowy, jechać na obiad a potem wrócić do biura. Rybak zapomniał jednak, że akurat w tym dniu nie ma obiadu w domu, ale jest umówiony na obiad z rodzicami w Łącku. Jego zdenerwowana żona poprosiła o numer telefonu do dyrektora i płacząc zapytała: "Czy to prawda, że mąż ma wrócić do pracy? Czy pan wie, że mąż od trzech tygodni nie zjadł porządnie obiadu a dziś wreszcie mieliśmy, jak prawdziwa rodzina, zjeść obiad z rodzicami? Dlaczego pan tak męczy ludzi?" Dyrektor nakazał Henrykowi Rybakowi zostać w domu. Kilka dni później dał mu nagrodę. - Niech pan kupi żonie jakąś bluzkę i niech ona na mnie tak nie krzyczy - powiedział.
Jak wspominają pracownicy Nowaka, ich szef miał poczucie humoru i nie obrażał się o byle co. Wiesław Kołsut pisze: "(...) to był pan raczej niskiego wzrostu. Kiedyś w trakcie przerwy w jakiejś konferencji stał otoczony szczelnie rozmówcami. Do sali wbiegła Krysia Łepkowska, jego sekretarka. Rozejrzała się i, nie widząc zasłoniętego szefa, zapytała:
- Pawełek jest?
Na to dyrektor Nowak, rozsunąwszy otaczających go ludzi zapytał:
- Jest! A bo co?
Nie obrażał się na takie rzeczy".
Jerzy Drobniak pisze, jak pewnego razu razem z kolegą wybrał się na imieninową kawę do koleżanki z innego pokoju. Kiedy wrócili, tuż przed zakończeniem pracy, zobaczyli, że ich palta zniknęły z wieszaka. Okazało się, że zabrał je dyrektor. I kazał pracownikom przyjść po nie po godz. 18, kiedy i on kończy pracę. A potem odwiózł ich limuzyną do domu. Panowie z kolei obiecali sobie, że na imieniny wyjdą już tylko wtedy, gdy ktoś w biurze zostanie na stanowisku.
Innym razem "na gorącym uczynku" dyrektor przyłapał zastępcę jednego z działów. Odkrył, że w pokoju pali się światło, a pracownika dawno nie ma w biurze. Henryk Rybak wspomina, że w dzień po zdarzeniu był świadkiem rozmowy pracodawcy z podwładnym. Opisuje to tak:
"- Panie Ulicki, niech pan nie udaje, że pan tak długo pracuje. Co, Nowaka chce pan oszukać? Ja pana każę obciążyć za zużyty prąd!
Ulicki, wykorzystując swoje semickie rysy, zrobił biedną minę i zaczął z żydowskim akcentem tłumaczyć. Nowak mu przerwał.
- Panie Ulicki! Niech pan nie udaje Żyda! Żyd to ja! I niech pan nie kłamie".
Wielu pracowników wspomina dyrektora Nowaka jako człowieka bardzo słownego. Do tej pory są pod wrażeniem jego doskonałej pamięci. W czasie kontroli budów Nowak zatrzymywał się przy instalacjach i rozmawiał z pracownikami. Okazywało się, że pamięta nie tylko ich nazwiska, ale często także imiona dzieci. - Było to niekiedy zgubne dla nas, jego współpracowników, kiedy nam się coś zapomniało... a on pamiętał - wspomina Henryk Rybak. Opisuje także, że dyrektor Nowak był niezwykle pedantyczny. Jego biurko zwykle było puste. Leżał na nim jeden, najwyżej dwa papiery.
Paweł Nowak był dyrektorem kombinatu do 1967 roku. Już w 1966 roku przeszedł stan przedzawałowy. W następnym roku najpierw chorował, potem wracał z przerwami po to, żeby załatwić najważniejsze, strategiczne sprawy. Bieżąca produkcja biegła już poza nim. A w kraju narastały niepokoje. Sprawę przypieczętował marzec 1968 roku. Paweł Nowak formalnie odszedł z pracy 30 kwietnia, ale faktycznie zrobił to już na początku roku. Nie chciał wyjeżdżać z kraju, ale naciski były zbyt wielkie. W październiku 1969 roku wyemigrował do Danii, niedługo potem przeniósł nie do Niemiec. Pracował w wydziale ochrony radiologicznej dużego koncernu. W 1973 roku dostał zawału serca. Przeszedł leczenie, a po nim dużo podróżował po Europie i świecie. Zawsze jednak bardzo interesował się sytuacją w kraju i tym, jak rozwijają się MZRiP. Zmarł w 1982 roku.
Podczas pisania artykułu korzystaliśmy z publikacji: „Protoplaści ORLENU. O nich się mówiło - Paweł Nowak”; Zespół redakcyjny: Maciej Górzyński, Kazimierz Klęk, Wiesław Kołsut, Ferdynand Niśkiewicz, Zdzisław Nycz, Henryk Rybak; Tekst wiodący: Maciej Górzyński; Fotografie: ze zbiorów prywatnych; Instytucje sprawcze: Stowarzyszenie Płockich Naftowców, Oddział Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Przemysłu Chemicznego w Płocku; Płock 2008.
- 14 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Zapytajcie Krawca albo Serafina, gdzie jest hydrok
biust75d
19.11.11, 15:49
raking? Nie będą wiedzieli. Bo to dupki z POpapranego desantu na Płock.»
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć
