Ojciec wszystkich płockich fotografów

Rafał Kowalski
20.11.2009 , aktualizacja: 20.11.2009 21:05
A A A Drukuj
Za okupacji trzeba było uważać, kiedy się wyjmuje aparat. A najlepiej perfekcyjnie nauczyć się robić zdjęcia z ukrycia. Tak jak tego wrześniowego dnia 1942 r., gdy powieszono 13 działaczy polskiego ruchu oporu. Jak wielu innych płocczan został siłą zapędzony na obecny plac 13 Straconych. Blisko miejsca egzekucji
Jan Rakowski
Fot. Tomasz Niesłuchowski / Agen
Jan Rakowski
Dziewczynka, podpierając rączką swoją główkę, spogląda na nas lekko speszona, może nawet znudzona. Pewnie nie może się już doczekać, kiedy wreszcie będzie mogła wyjść z zakładu fotograficznego pana Jankowskiego przy ul. Grodzkiej. Pewnie chce biec się pobawić.

Pani Humięcka w swoim zakładzie przy ul. Kolegialnej, co niewykluczone, zastanawiała się, kim w przyszłości zostanie fotografowany przez nią postawny, młody mężczyzna, z pewnością siebie w oczach.

Zastanawiać się można i teraz, oglądając fotografie takie, jak te znalezione w ofercie aukcyjnej galerii Rynek Sztuki w Łodzi. Powstały w Płocku na przełomie XIX i XX w. - pisze w e-mailu do redakcji Andrzej Muszalski, który dostarczył nam te fotografie. Nie wiadomo kogo przedstawiają. Jak mają na imię pozujący, ile mają lat, w których sklepach kupowali ubrania. Zawsze jednak można sobie to wszystko wyobrażać. Losy tej dziewczynki i tego młodziana. Jakoś ich nazwać.

I pomyśleć, kim byli ludzie, którzy robili te fotografie. Jan Rakowski nie pamięta. Nazywany ojcem wszystkich współczesnych płockich fotografów, urodził się przecież "dopiero" w 1916 r. Nie zdążył więc poznać pani Humięckiej z ul. Kolegialnej. Wie za to, że przed wybuchem II wojny światowej najlepsze zdjęcia w Płocku robiło się w innym zakładzie przy ul. Kolegialnej. Należał do małżeństwa Sobierajów. Zdarzało się nawet, że fotografowali się u nich co bogatsi płoccy Żydzi. To rzadkość, bo Żydzi uczęszczali raczej do żydowskich fotografów, których przed wojną w Płocku było dwóch - jeden na Tumskiej, drugi na Grodzkiej. A rodowici Polacy do polskich. No, ale Sobierajowie potrafili najlepiej retuszować. Nikt, jak oni, nie likwidował zmarszczek u starszych pań.

Jan Rakowski nie pamięta ich imion. Zresztą już wtedy ważniejsze od nich były nazwiska mistrzów fotografii. Mówiło się, idziemy do Sobierajów. Albo do Wiórkiewicza, najpierw na Tumską, gdzie jest teraz Muzeum Mazowieckie. Potem na Kolegialną, do tej spalonej niedawno kamienicy. Można również było pójść do Żabowskiego na Kościuszki lub do Piotrowskiego na Grodzkiej.

To akurat pamięta, bo w latach młodzieńczych pokochał fotografię. Nie fascynowało go uwiecznianie budynków, bo zaniedbany, odrapany Płock, nie był wtedy wdzięcznym modelem. Pociągało go uwiecznianie ludzi. Żydowskie umorusane dzieciaki na Szerokiej, czyli obecnego Kwiatka. Eleganccy panowie z kunsztownymi laskami. Panie w wykwintnych kapeluszach. Choć zdarzyło się, że kilka z nich zdjęło najpierw kapelusze, a potem to, co miały na sobie od szyi do pasa. Pragnęły uwiecznić się z odkrytym biustem. Po wojnie Rakowskiego odwiedziła żona szefa płockiego Urzędu Bezpieczeństwa. Wprawdzie bez wykwintnego kapelusza, ale z podobnym pragnieniem posiadania własnego aktu.

Zdjęcia robił podczas spacerów, trochę u Sobierajów i w zakładzie Żabowskiego, którego drugą córkę poślubił podczas wojny.

Kiedy weszli Niemcy, monopol na fotografowanie w Płocku miał Lankoff spod Berlina - podły pies jak cholera z opaską ze swastyką na ramieniu - jak mówi o nim do dziś Rakowski, zatrudnił u siebie ponad 50 osób z przedwojennych płockich zakładów. Dostawał szału, gdy ktoś się spóźnił do pracy. Pewnego dnia nie dotarła na czas jedna z młodych pracownic. Zaprowadził ją do magistratu, gdzie dostała baty. Z nerwów i bólu zamiast płakać, śmiała się. Wtedy dostała jeszcze mocniej i więcej. Wróciła do zakładu w postrzępionym i pokrwawionym ubraniu. I w ciągu nocy całkowicie osiwiała.

Był też dobry Niemiec, Krygier. Gdy w 1943 r. Rakowski brał ślub, nie było co postawić na stół. Z pomocą przyszedł Krygier. On też go uchronił przed ściągnięciem do Lankoffa.

Krygier miał żonę, dwóch synów i córkę. Gdy do Płocka wkroczyła Armia Czerwona, małżonka z jedynym synem i córką zdołali uciec. Krygiera schwytano i zamordowano. Drugi syn ukrył się u Rakowskiego. Minęło trochę czasu. Rakowski założył zakład, w którym zdążył się już nieraz sfotografować szef płockiego UB. Właściciel zakładu odważył się porozmawiać z nim o synu Krygiera. Ten westchnął i powiedział, by przetrzymać go jeszcze tydzień, potem przyprowadzić. Wtedy znajdzie się dla niego praca. Kiedy synowi udało się wyjechać do Niemiec, do rodziny, Rakowski otrzymał stamtąd dziękczynny list. Cóż, podczas wojny Krygier pomagał jemu, po wojnie on mógł się odwdzięczyć Krygierowi ratując syna.

Za okupacji trzeba było uważać, kiedy się wyjmuje aparat. A najlepiej perfekcyjnie nauczyć się robić zdjęcia z ukrycia. Tak jak tego wrześniowego dnia 1942 r., gdy powieszono 13 działaczy polskiego ruchu oporu. Rakowski, jak wielu innych płocczan, został siłą zapędzony na obecny plac 13 Straconych. I to blisko samego miejsca egzekucji. Udało mu się cofnąć w głąb tłumu. Niedługo później ci, obok których stał, zostali zmuszeni do założenia straceńcom pętli na szyje. On do dzisiaj dziękuje Bogu, że nie musiał tego robić. Bo pewnie by zemdlał i do dzisiaj miał kłopoty ze snem. Zrobił za to z ukrycia zdjęcia tego wydarzenia. Nie zachowały się.

Może to i dobrze, bo wtedy w domach były częste rewizje i taka fotografia mogła zmienić się w wyrok śmierci.

Nie zachowało się też zdjęcie pokazujące wysiedlenie 8 tys. płockich Żydów w mroźny lutowy poranek 1941 r. Rakowski uwiecznił ciężarówkę, stojącą jakieś dziesięć metrów od nieistniejącej już synagogi. Do ciężarówki próbował wejść stary Żyd, ale nie miał siły. SS-mani nie zamierzali mu pomóc. Za to okrutnie go skatowali. Upamiętnił też moment zniszczenia przez Niemców obu katedralnych dzwonów Zygmunta i Zygmunta Drugiego, których bicie przez wieki upamiętniało choćby Mazowszan poległych w bitwie pod Warną.

Ojciec i mistrz obecnych płockich fotografów nie ma już siły na długie spacery. Widok za oknem uwiecznia oczami i pamięcią. Docenia, że zdjęcia można robić telefonem komórkowym, szanuje możliwości techniczne niektórych współczesnych lustrzanek. Jednak z największym sentymentem traktuje właśnie tę fotografię, na której dziewczynka podpiera swoją główkę i spogląda na nas. Speszonymi i znudzonymi oczami sprzed ponad 100 lat.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów