Miałem w kieszeni ściągę, więc uznali mnie za... szpiega
13.03.2011
, aktualizacja: 13.03.2011 20:27
Chłopcy z tamtych lat wrócili do szkoły. Co prawda tylko na jeden dzień, a dokładnie - na jedno popołudnie. Ale za to ileż było w tym krótkim czasie wspomnień, opowieści, wzruszeń
Absolwenci spotkali się w Małachowiance. Przyjechali do swojej szkoły-staruszki, żeby w jej murach świętować 66. rocznicę wznowienia nauki po II wojnie światowej. Nagle odżyły wspomnienia. Starsi panowie ze skroniami przyprószonymi siwizną żartowali, przekomarzali się.
Tak, jakby nagle czas cofnął się o kilkadziesiąt lat.
Te czarne plamy to nie kleksy
Oglądali księgę protokołów z zebrań rady pedagogicznej. To właśnie w niej jest protokół z pierwszego zebrania z 17 lutego 1945 roku.
- Te czarne plamy to nie kleksy. To ślady po kroplach łez profesor Ożógowskiej, która płakała ze wzruszenia podczas pisania - zaznaczała dyrektor szkoły Renata Kutyło-Utzig. I przypominała, jak to było 66 lat temu. Mówiła, że zanim na dobre rozpoczęli naukę, uczniowie dźwigali i naprawiali ławki i krzesła, prostowali w imadle gwoździe, cenniejsze wtedy niż drogocenne kamienie. Często byli jedynymi żywicielami osieroconych przez wojnę rodzin i ciężko pracowali, nie znali wolnych sobót i niedziel. A mimo to nie było oblanych matur, powtarzania klas. Chociaż profesorowie wcale nie pobłażali. Dyrektor Kutyło-Utzig wspominała wyczyn wszech czasów - podróż trzech uczniów do Warszawy. Na jednym rowerze! - To oni kładli kamień, na którym wyrasta sklepienie dzisiejszej Małachowianki - mówiła dyrektorka. - Po ukończeniu szkoły przez lata dobrze służyli ojczyźnie. Dziś wracają po latach do swojej szkoły. Nasi chłopcy z tamtych lat.
Gęś z kokardą i tabliczką
O dawnych czasach opowiadali także uczniowie dzisiejszej klasy Ia. M.in. o metalowym dzwonku, który wisiał wysoko, tak by uczniowie nie mogli go dosięgnąć. Dostęp do niego miał tylko woźny, wyposażony w drewniany kij z haczykiem na końcu. Przypomnieli historię przystrojonej w kokardę gęsi z tabliczką z napisem: "A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi i swój język mają". Ptaka przynieśli na lekcję u polonistki Walerii Mariańskiej uczniowie jednej z klas. Obecni pierwszoklasiści nie zapomnieli też o matematyku Stanisławie Kozińskim: - Zawsze powtarzał, ze nawet stół można nauczyć matematyki, pod warunkiem, że stół chce! W swoje lekcje wkładał tyle pasji i serca. Był tak zaangażowany w tłumaczenie zawiłości matematycznych, że w pośpiechu wycierał tablicę otwartą dłonią, choć miał przygotowaną wilgotną szmatkę.
Gdy tak dzisiejsi nastolatkowie opowiadali, ich starsi "koledzy" tylko kiwali głowami i uśmiechali się pod nosem.
A potem sami zaczęli sięgać do pamięci.
Waldemar Hinc: - Naukę w Małachowiance rozpocząłem w 1937 roku. Moje pierwsze wspomnienie to sala aktowa [czyli aula - red.] na pierwszym piętrze i polonez As-dur na rozpoczęcie roku szkolnego. Do dziś, gdy go słyszę, mam przed oczami Małachowiankę.
Hinc jest architektem. - Cały czas podziwiam rozwój swojej szkoły - zwierzał się. - To, że duch patriotyzmu jest tutaj tak pielęgnowany. I jest tylko jedna zakała. Przed wojną nie było tutaj sali gimnastycznej i dziś też nie ma takiej z prawdziwego zdarzenia. Oferuję swoje usługi.
Nie mniejsze emocje towarzyszyły opowieściom Jana Chojnackiego. - Jeżeli chcecie zobaczyć człowieka szczęśliwego, to macie go przed sobą - powiedział na wstępie. - Prawie 30 lat temu napisałem pieśń. Dziś przed chwilą odśpiewała ją młodzież.
Kilkanaście minut wcześniej dzisiejsi małachowiacy zaśpiewali "Plurimos annos, Małachowianko". Refren utworu brzmi tak: "Jesteś nam w życiu pięknym przystankiem i drogowskazem w nieznany świat. Plurimos annos, Małachowianko, kwitnij kolejne wieleset lat".
Co to takiego? Karabin
Maciej Górzyński, który naukę w Małachowiance rozpoczął w 1950 roku, tak pamięta tamte lata: - Kraj wtedy dopiero podnosił się ze zgliszczy, a tutaj nauczano już na dobre. Moja klasa liczyła 48 uczniów. W tym pięć dziewczyn. Wychowawcy zmieniali się bardzo szybko, bo nie dawali sobie z nami rady. Dopiero rozbicie klasy dało efekty.
Ryszard Pawiński z kolei przypominał, jak jeden z jego kolegów, czynny ormowiec, przyniósł ze sobą na lekcję broń i oparł ją o piec.
- Co to takiego? - zapytała nauczycielka.
- Karabin.
- On strzela?
- Strzela.
I wystrzelił w klasie.
Jan Kawiecki, kolejny z absolwentów, pamiętał nawet temat wypracowania, które musiał napisać na egzaminie wstępnym. Brzmiał: "Mój pierwszy dzień wolności". Przywoływał swoje i kolegów sukcesy sportowe, m.in. kilkukrotne mistrzostwo Polski w wioślarstwie. - W 1946 roku aresztowano wielu uczniów Małachowianki - kontynuował. - Profesorowie zachęcali nas do sportu. Mówili: "Sportem niech się młodzież zajmuje, nie polityką". Bo polityka często prowadziła do więzienia.
Ryszard Pawiński też miał wspomnienia związane z aresztowaniami: - Pewnego dnia suki UB podjechały za szkołę. Przez pomyłkę w nazwisku zabrali i mnie. Miałem w kieszeni ściągę z angielskiego. Uznali, że jestem szpiegiem.
Tak, jakby nagle czas cofnął się o kilkadziesiąt lat.
Te czarne plamy to nie kleksy
Oglądali księgę protokołów z zebrań rady pedagogicznej. To właśnie w niej jest protokół z pierwszego zebrania z 17 lutego 1945 roku.
- Te czarne plamy to nie kleksy. To ślady po kroplach łez profesor Ożógowskiej, która płakała ze wzruszenia podczas pisania - zaznaczała dyrektor szkoły Renata Kutyło-Utzig. I przypominała, jak to było 66 lat temu. Mówiła, że zanim na dobre rozpoczęli naukę, uczniowie dźwigali i naprawiali ławki i krzesła, prostowali w imadle gwoździe, cenniejsze wtedy niż drogocenne kamienie. Często byli jedynymi żywicielami osieroconych przez wojnę rodzin i ciężko pracowali, nie znali wolnych sobót i niedziel. A mimo to nie było oblanych matur, powtarzania klas. Chociaż profesorowie wcale nie pobłażali. Dyrektor Kutyło-Utzig wspominała wyczyn wszech czasów - podróż trzech uczniów do Warszawy. Na jednym rowerze! - To oni kładli kamień, na którym wyrasta sklepienie dzisiejszej Małachowianki - mówiła dyrektorka. - Po ukończeniu szkoły przez lata dobrze służyli ojczyźnie. Dziś wracają po latach do swojej szkoły. Nasi chłopcy z tamtych lat.
Gęś z kokardą i tabliczką
O dawnych czasach opowiadali także uczniowie dzisiejszej klasy Ia. M.in. o metalowym dzwonku, który wisiał wysoko, tak by uczniowie nie mogli go dosięgnąć. Dostęp do niego miał tylko woźny, wyposażony w drewniany kij z haczykiem na końcu. Przypomnieli historię przystrojonej w kokardę gęsi z tabliczką z napisem: "A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi i swój język mają". Ptaka przynieśli na lekcję u polonistki Walerii Mariańskiej uczniowie jednej z klas. Obecni pierwszoklasiści nie zapomnieli też o matematyku Stanisławie Kozińskim: - Zawsze powtarzał, ze nawet stół można nauczyć matematyki, pod warunkiem, że stół chce! W swoje lekcje wkładał tyle pasji i serca. Był tak zaangażowany w tłumaczenie zawiłości matematycznych, że w pośpiechu wycierał tablicę otwartą dłonią, choć miał przygotowaną wilgotną szmatkę.
Gdy tak dzisiejsi nastolatkowie opowiadali, ich starsi "koledzy" tylko kiwali głowami i uśmiechali się pod nosem.
A potem sami zaczęli sięgać do pamięci.
Waldemar Hinc: - Naukę w Małachowiance rozpocząłem w 1937 roku. Moje pierwsze wspomnienie to sala aktowa [czyli aula - red.] na pierwszym piętrze i polonez As-dur na rozpoczęcie roku szkolnego. Do dziś, gdy go słyszę, mam przed oczami Małachowiankę.
Hinc jest architektem. - Cały czas podziwiam rozwój swojej szkoły - zwierzał się. - To, że duch patriotyzmu jest tutaj tak pielęgnowany. I jest tylko jedna zakała. Przed wojną nie było tutaj sali gimnastycznej i dziś też nie ma takiej z prawdziwego zdarzenia. Oferuję swoje usługi.
Nie mniejsze emocje towarzyszyły opowieściom Jana Chojnackiego. - Jeżeli chcecie zobaczyć człowieka szczęśliwego, to macie go przed sobą - powiedział na wstępie. - Prawie 30 lat temu napisałem pieśń. Dziś przed chwilą odśpiewała ją młodzież.
Kilkanaście minut wcześniej dzisiejsi małachowiacy zaśpiewali "Plurimos annos, Małachowianko". Refren utworu brzmi tak: "Jesteś nam w życiu pięknym przystankiem i drogowskazem w nieznany świat. Plurimos annos, Małachowianko, kwitnij kolejne wieleset lat".
Co to takiego? Karabin
Maciej Górzyński, który naukę w Małachowiance rozpoczął w 1950 roku, tak pamięta tamte lata: - Kraj wtedy dopiero podnosił się ze zgliszczy, a tutaj nauczano już na dobre. Moja klasa liczyła 48 uczniów. W tym pięć dziewczyn. Wychowawcy zmieniali się bardzo szybko, bo nie dawali sobie z nami rady. Dopiero rozbicie klasy dało efekty.
Ryszard Pawiński z kolei przypominał, jak jeden z jego kolegów, czynny ormowiec, przyniósł ze sobą na lekcję broń i oparł ją o piec.
- Co to takiego? - zapytała nauczycielka.
- Karabin.
- On strzela?
- Strzela.
I wystrzelił w klasie.
Jan Kawiecki, kolejny z absolwentów, pamiętał nawet temat wypracowania, które musiał napisać na egzaminie wstępnym. Brzmiał: "Mój pierwszy dzień wolności". Przywoływał swoje i kolegów sukcesy sportowe, m.in. kilkukrotne mistrzostwo Polski w wioślarstwie. - W 1946 roku aresztowano wielu uczniów Małachowianki - kontynuował. - Profesorowie zachęcali nas do sportu. Mówili: "Sportem niech się młodzież zajmuje, nie polityką". Bo polityka często prowadziła do więzienia.
Ryszard Pawiński też miał wspomnienia związane z aresztowaniami: - Pewnego dnia suki UB podjechały za szkołę. Przez pomyłkę w nazwisku zabrali i mnie. Miałem w kieszeni ściągę z angielskiego. Uznali, że jestem szpiegiem.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień






więcej zdjęć
