Miałem w kieszeni ściągę, więc uznali mnie za... szpiega

Małgorzata Siuta
13.03.2011 , aktualizacja: 13.03.2011 20:27
A A A Drukuj
Chłopcy z tamtych lat wrócili do szkoły. Co prawda tylko na jeden dzień, a dokładnie - na jedno popołudnie. Ale za to ileż było w tym krótkim czasie wspomnień, opowieści, wzruszeń
Wspomnieniowe spotkanie w Małachowiance
Fot. Tomasz Niesłuchowski / Agen
Wspomnieniowe spotkanie w Małachowiance
Wspomnieniowe spotkanie w Małachowiance
Fot. Tomasz Niesłuchowski / Agencja Gazeta
Wspomnieniowe spotkanie w Małachowiance
Wspomnieniowe spotkanie w Małachowiance
Fot. Tomasz Niesłuchowski / Agencja Gazeta
Wspomnieniowe spotkanie w Małachowiance
Absolwenci spotkali się w Małachowiance. Przyjechali do swojej szkoły-staruszki, żeby w jej murach świętować 66. rocznicę wznowienia nauki po II wojnie światowej. Nagle odżyły wspomnienia. Starsi panowie ze skroniami przyprószonymi siwizną żartowali, przekomarzali się.

Tak, jakby nagle czas cofnął się o kilkadziesiąt lat.

Te czarne plamy to nie kleksy

Oglądali księgę protokołów z zebrań rady pedagogicznej. To właśnie w niej jest protokół z pierwszego zebrania z 17 lutego 1945 roku.

- Te czarne plamy to nie kleksy. To ślady po kroplach łez profesor Ożógowskiej, która płakała ze wzruszenia podczas pisania - zaznaczała dyrektor szkoły Renata Kutyło-Utzig. I przypominała, jak to było 66 lat temu. Mówiła, że zanim na dobre rozpoczęli naukę, uczniowie dźwigali i naprawiali ławki i krzesła, prostowali w imadle gwoździe, cenniejsze wtedy niż drogocenne kamienie. Często byli jedynymi żywicielami osieroconych przez wojnę rodzin i ciężko pracowali, nie znali wolnych sobót i niedziel. A mimo to nie było oblanych matur, powtarzania klas. Chociaż profesorowie wcale nie pobłażali. Dyrektor Kutyło-Utzig wspominała wyczyn wszech czasów - podróż trzech uczniów do Warszawy. Na jednym rowerze! - To oni kładli kamień, na którym wyrasta sklepienie dzisiejszej Małachowianki - mówiła dyrektorka. - Po ukończeniu szkoły przez lata dobrze służyli ojczyźnie. Dziś wracają po latach do swojej szkoły. Nasi chłopcy z tamtych lat.

Gęś z kokardą i tabliczką

O dawnych czasach opowiadali także uczniowie dzisiejszej klasy Ia. M.in. o metalowym dzwonku, który wisiał wysoko, tak by uczniowie nie mogli go dosięgnąć. Dostęp do niego miał tylko woźny, wyposażony w drewniany kij z haczykiem na końcu. Przypomnieli historię przystrojonej w kokardę gęsi z tabliczką z napisem: "A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi i swój język mają". Ptaka przynieśli na lekcję u polonistki Walerii Mariańskiej uczniowie jednej z klas. Obecni pierwszoklasiści nie zapomnieli też o matematyku Stanisławie Kozińskim: - Zawsze powtarzał, ze nawet stół można nauczyć matematyki, pod warunkiem, że stół chce! W swoje lekcje wkładał tyle pasji i serca. Był tak zaangażowany w tłumaczenie zawiłości matematycznych, że w pośpiechu wycierał tablicę otwartą dłonią, choć miał przygotowaną wilgotną szmatkę.

Gdy tak dzisiejsi nastolatkowie opowiadali, ich starsi "koledzy" tylko kiwali głowami i uśmiechali się pod nosem.

A potem sami zaczęli sięgać do pamięci.

Waldemar Hinc: - Naukę w Małachowiance rozpocząłem w 1937 roku. Moje pierwsze wspomnienie to sala aktowa [czyli aula - red.] na pierwszym piętrze i polonez As-dur na rozpoczęcie roku szkolnego. Do dziś, gdy go słyszę, mam przed oczami Małachowiankę.

Hinc jest architektem. - Cały czas podziwiam rozwój swojej szkoły - zwierzał się. - To, że duch patriotyzmu jest tutaj tak pielęgnowany. I jest tylko jedna zakała. Przed wojną nie było tutaj sali gimnastycznej i dziś też nie ma takiej z prawdziwego zdarzenia. Oferuję swoje usługi.

Nie mniejsze emocje towarzyszyły opowieściom Jana Chojnackiego. - Jeżeli chcecie zobaczyć człowieka szczęśliwego, to macie go przed sobą - powiedział na wstępie. - Prawie 30 lat temu napisałem pieśń. Dziś przed chwilą odśpiewała ją młodzież.

Kilkanaście minut wcześniej dzisiejsi małachowiacy zaśpiewali "Plurimos annos, Małachowianko". Refren utworu brzmi tak: "Jesteś nam w życiu pięknym przystankiem i drogowskazem w nieznany świat. Plurimos annos, Małachowianko, kwitnij kolejne wieleset lat".

Co to takiego? Karabin

Maciej Górzyński, który naukę w Małachowiance rozpoczął w 1950 roku, tak pamięta tamte lata: - Kraj wtedy dopiero podnosił się ze zgliszczy, a tutaj nauczano już na dobre. Moja klasa liczyła 48 uczniów. W tym pięć dziewczyn. Wychowawcy zmieniali się bardzo szybko, bo nie dawali sobie z nami rady. Dopiero rozbicie klasy dało efekty.

Ryszard Pawiński z kolei przypominał, jak jeden z jego kolegów, czynny ormowiec, przyniósł ze sobą na lekcję broń i oparł ją o piec.

- Co to takiego? - zapytała nauczycielka.

- Karabin.

- On strzela?

- Strzela.

I wystrzelił w klasie.

Jan Kawiecki, kolejny z absolwentów, pamiętał nawet temat wypracowania, które musiał napisać na egzaminie wstępnym. Brzmiał: "Mój pierwszy dzień wolności". Przywoływał swoje i kolegów sukcesy sportowe, m.in. kilkukrotne mistrzostwo Polski w wioślarstwie. - W 1946 roku aresztowano wielu uczniów Małachowianki - kontynuował. - Profesorowie zachęcali nas do sportu. Mówili: "Sportem niech się młodzież zajmuje, nie polityką". Bo polityka często prowadziła do więzienia.

Ryszard Pawiński też miał wspomnienia związane z aresztowaniami: - Pewnego dnia suki UB podjechały za szkołę. Przez pomyłkę w nazwisku zabrali i mnie. Miałem w kieszeni ściągę z angielskiego. Uznali, że jestem szpiegiem.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy