Oj, pierwszy dyrektor zoo to miał temperament...
13.05.2011
, aktualizacja: 13.05.2011 20:19
Istnieje teoria, że wszystko jest dziełem przypadku. Że nie stałoby się, co się stało, gdyby w danym czasie, w danym miejscu nie znalazł się ktoś konkretny, gdyby mu w tych właśnie szczegółowych okolicznościach nie zaświtała jakaś myśl, idea. Idąc tropem tej teorii, prześledźmy, jak powstawało w Płocku zoo.
Choć aspiracje do posiadania zwierzyńca w naszym mieście pojawiały się już dawno, w roku 1921 myślała o tym np. płocka działaczka społeczna i nauczycielka biologii Maria Macieszyna, to nie był jeszcze ten moment, kiedy za myślą idą czyny. Choć prapoczątek już zaistniał. W roku 1903, kiedy w płockiej rodzinie ("w środowisku plebejskim" - jak mówi dziś córka naszego bohatera) przychodzi na świat chłopiec. Tadeusz Borkowski. - Ojciec miał trudne dzieciństwo, ale był uparty i ambitny - mówi jego córka Maria Radomska-Borkowska. - Zdobył wykształcenie, ukończył szkołę budowy maszyn w Grudziądzu. Został urzędnikiem magistrackim, zajmował się sprawami komunalnymi.
Wojna i co po niej było
Miał już żonę i dwójkę dzieci, kiedy trzeba było iść na wojnę. Podzielił los wielu, dostał się do oflagu, najdłużej był w Gross Born na terenach Pomorza Zachodniego. W 1945 Niemcy obóz ewakuowali, potem wyzwolili go Amerykanie i jesienią tego roku Tadeusz Borkowski wrócił do Płocka i do rodziny.
- To były bardzo trudne czasy, po wojnie rodzina nie miała nic - wspomina jego córka. - Na wielu powojennych zdjęciach ojciec jest w mundurze wojskowym. Chodzi tak ubrany, bo innych ubrań po prostu nie miał, bo i skąd?
Zaraz po powrocie stawił się w płockim magistracie i zgłosił swoją gotowość do pracy. Dostał zadania podobne do tych sprzed wojny, czyli sprawy komunalne: wodociągi, ulice, zieleń. I tu już zbliżamy się do tego splotu okoliczności, które sprawiły zoo.
- Miasto miało swoje tereny, m.in. była to ulica Warszawska - pani Maria zastrzega, że troszkę może być nieprecyzyjna w swoich przekazach o czasach, kiedy nie było jej jeszcze na świecie albo była małym dzieckiem. - Warszawska była kiedyś większa, obejmowała jeszcze dzisiejszą Kościuszki. Stoi przy niej, obecnie przy Kościuszki 3, taka trochę nieforemna kamienica. To była kamienica Rembielińskiego, w czasie nalotów trafiły w nią bomby i część domu była zupełnie zniszczona. Przed wojną była w niej ochronka, tam prowadzono słynną akcję dla dzieci Kropla mleka. Ojciec postanowił ją odbudować, ale już mniejszą. Zawsze myślał o dzieciach, żeby mogły się uczyć, coś poznawać, rozwijać, więc wymyślił też, właśnie z myślą o nich, ogródek botaniczny przy kamienicy.
W roku 1948 Borkowski zorganizował wystawę botaniczną, a pośród płodów ziemi były także zwierzątka. Dziś to może nie budzić wielkiego entuzjazmu, ale klatki z królikami, wroną, myszkami czy wiewiórką okazały się niebywałą atrakcją, dzieci się tłoczyły przy nich, radosnej ciekawości było ogromnie dużo. I z tego zrodził się kolejny pomysł ojca pani Marii - by stworzyć stałą ekspozycję zwierząt. Ogródek był jego oczkiem w głowie, na starej fotografii widać wodotrysk z figurką. - Ta figura przed wojną zdobiła fontannę na placu Obrońców Warszawy, ale podczas okupacji Niemcy ją wyrzucili - wspomina Maria Radomska-Borkowska. - Ojciec ją odnalazł, brakowało nawet nogi, ale to naprawił i przez lata cieszyła oczy w ogródku botanicznym. Już jej chyba w ogóle nie ma, wiadomo, jakie były czasy, ktoś to zniszczył, zmarnował.
Kazał się pocałować... i stracił pracę
Ogródek pełnił nie tylko funkcje rekreacyjne, ale i dydaktyczne. Niespełna roczna Maria na zdjęciach z tamtego okresu pojawia się u taty na rękach na tle klatek ze zwierzątkami. W ogródku była np. część poświęcona systematyce roślin. Ale apetyt Tadeusza Borkowskiego rósł, to nie był taki człowiek, który by łatwo spoczął na laurach. W Płocku pełnił także funkcję prezesa PTTK i stąd miał szersze znajomości. Sam poszukał kontaktu z Janem Żabińskim. To była znana postać, pierwszy, jeszcze przedwojenny dyrektor warszawskiego zoo, popularyzator zoologii, naukowiec.
- Ojciec z nim się dogadał, żeby poparł jego pomysł założenia ogrodu zoologicznego w Płocku - mówi Maria Radomska-Borkowska. - I udało się! Zoo powstało!
Otwarcie, jak to w latach 50., a i przez kilka następnych dziesięcioleci także, musiało podkreślać dumę klasy robotniczej jako przewodniej siły narodu, więc nastąpiło 1 maja. Był rok 1951. Szefem został oczywiście Tadeusz Borkowski.
- Ale nie trwało to długo - śmieje się dziś jego córka. Ogrodem przestał kierować już w styczniu 1952 roku. - Pewnie i tak by go wyrzucili, bo miał nieco choleryczny temperament i nie był "swój" - wspomina. - A powód się znalazł taki, że kadrowy z magistratu chciał mu narzucić, żeby... nie pamiętam tego dokładnie, albo kogoś tam do pracy przyjął, albo tego kogoś zwolnił. Ojciec nie znosił takich nacisków i sterowania, więc kazał się kadrowemu pocałować... no, wiadomo gdzie. No i zaraz wyciągnęli mu przeszłość, przedwojenne bycie urzędnikiem w ratuszu, że działał w "Sokole", nawet był komendantem jakiejś komórki tej organizacji. Oczywiście zaraz wilczy bilet i do 1954 roku pracy w Płocku już nie mógł nigdzie znaleźć. I tak się z nim łaskawie obeszli, mógł przecież trafić do więzienia, jak wielu wówczas.
Dlaczego Marysia pobiła koleżankę
Zoo pozostało już na zawsze jego ukochanym dzieckiem. Tak mówił o ogrodzie: "moje czwarte dziecko". Z młodym dyrektorem, który nastał po nim, specjalnie się nie dogadywali. - Mieli bardzo podobne charaktery, temperamenty, więc to pewnie dlatego - przypuszcza córka, choć sama o Tadeuszu Taworskim ma bardzo dobrą opinię, już jako dorosła osoba wiele lat z nim współpracowała. Ale nie przypomina sobie, żeby z rodzicami chodziła do zoo. - Ze szkołą, na klasowe wycieczki tak, ale nie z nimi - mówi. - A kiedyś pobiłam się z koleżanką. Bo ja powiedziałam, że to mój tata założył zoo, a ona, chociaż dobrze wiedziała, że to prawda, bo przecież jej ojciec pracował z moim, mówi, że ja kłamię. No i ją zlałam.
Po roku 1954 jakaś praca dla Borkowskiego się znalazła. Był nauczycielem zawodu w "siedemdziesiątce", pracował jeszcze w Urzędzie Miasta. Aż bardzo poważnie zachorował w roku 1960, osiem lat później zmarł.
Córka Maria poszła w jego ślady. Po studiach i stażu (jest leśnikiem z wykształcenia) wróciła do Płocka, wyszła za mąż, urodziła córkę. Wiele lat pracowała w Urzędzie Wojewódzkim jako konserwator przyrody. A że los różne płata figle, to był w nim kadrowym ten sam człowiek, któremu jej ojciec kazał się całować w niewymowną część ciała i który go wyrzucił z ogrodu (- Nie, nazwiska nie powiem, po co to teraz... - mówi nasza bohaterka). Potem pani Maria była specjalistą ds. ochrony środowiska w podgostynińskim Kruku, a przed przejściem na emeryturę założyła z mężem własny zakład usług leśnych i zieleni. - Zoo dziś bardzo, bardzo, mi się podoba, to, jak wygląda, to ogromna zasługa jego dyrektora Aleksandra Niwelińskiego - ocenia. - Ale to mój ojciec je założył.
Nikt w piątek, na uroczystym spotkaniu jubileuszowym w płockim ratuszu, tego nie ukrywał. O protoplaście ogrodu padło wiele ciepłych słów. Podobnie jak o jego następcy Tadeuszu Taworskim. Dyrektor Niweliński przygotował prezentację historię ogrodu od jego początku. Oj, gdyby choć w połowie tak ciekawie było na obradach naszych rajców! Kolejne obrazy nie tylko wyzwalały pokłady wspomnień i sentymentów, ale dobitnie ukazywały, jak ogród się zmieniał i jak każdy z jego szefów realizował swoje wizje. Kiedy doszło do składania życzeń, Taworski zwrócił się do Niwelińskiego słowami: - Cieszę się, że to pan jest teraz dyrektorem.
I podarował mu cenną pamiątkę - medal z okazji 25-lecia zoo.
Kalendarium zoo
- - 1950-1951 - powstaje inicjatywa zorganizowania regionalnego Ogrodu Zoologicznego, podjęta przez Tadeusza Borkowskiego. Założony przez niego ogród botaniczny, w którym są m.in. lisy, sarna, albinotyczna sroka, zwiedza rocznie prawie 60 tys. ludzi. Ogród otrzymuje od miasta nowe tereny, na których istnieje do dnia dzisiejszego. Oficjalne otwarcie ogrodu zoologicznego nastąpiło 1 maja 1951 roku. Są w nim wilki, listy, gady, ryby - fauna krajowa.
Wojna i co po niej było
Miał już żonę i dwójkę dzieci, kiedy trzeba było iść na wojnę. Podzielił los wielu, dostał się do oflagu, najdłużej był w Gross Born na terenach Pomorza Zachodniego. W 1945 Niemcy obóz ewakuowali, potem wyzwolili go Amerykanie i jesienią tego roku Tadeusz Borkowski wrócił do Płocka i do rodziny.
- To były bardzo trudne czasy, po wojnie rodzina nie miała nic - wspomina jego córka. - Na wielu powojennych zdjęciach ojciec jest w mundurze wojskowym. Chodzi tak ubrany, bo innych ubrań po prostu nie miał, bo i skąd?
Zaraz po powrocie stawił się w płockim magistracie i zgłosił swoją gotowość do pracy. Dostał zadania podobne do tych sprzed wojny, czyli sprawy komunalne: wodociągi, ulice, zieleń. I tu już zbliżamy się do tego splotu okoliczności, które sprawiły zoo.
- Miasto miało swoje tereny, m.in. była to ulica Warszawska - pani Maria zastrzega, że troszkę może być nieprecyzyjna w swoich przekazach o czasach, kiedy nie było jej jeszcze na świecie albo była małym dzieckiem. - Warszawska była kiedyś większa, obejmowała jeszcze dzisiejszą Kościuszki. Stoi przy niej, obecnie przy Kościuszki 3, taka trochę nieforemna kamienica. To była kamienica Rembielińskiego, w czasie nalotów trafiły w nią bomby i część domu była zupełnie zniszczona. Przed wojną była w niej ochronka, tam prowadzono słynną akcję dla dzieci Kropla mleka. Ojciec postanowił ją odbudować, ale już mniejszą. Zawsze myślał o dzieciach, żeby mogły się uczyć, coś poznawać, rozwijać, więc wymyślił też, właśnie z myślą o nich, ogródek botaniczny przy kamienicy.
W roku 1948 Borkowski zorganizował wystawę botaniczną, a pośród płodów ziemi były także zwierzątka. Dziś to może nie budzić wielkiego entuzjazmu, ale klatki z królikami, wroną, myszkami czy wiewiórką okazały się niebywałą atrakcją, dzieci się tłoczyły przy nich, radosnej ciekawości było ogromnie dużo. I z tego zrodził się kolejny pomysł ojca pani Marii - by stworzyć stałą ekspozycję zwierząt. Ogródek był jego oczkiem w głowie, na starej fotografii widać wodotrysk z figurką. - Ta figura przed wojną zdobiła fontannę na placu Obrońców Warszawy, ale podczas okupacji Niemcy ją wyrzucili - wspomina Maria Radomska-Borkowska. - Ojciec ją odnalazł, brakowało nawet nogi, ale to naprawił i przez lata cieszyła oczy w ogródku botanicznym. Już jej chyba w ogóle nie ma, wiadomo, jakie były czasy, ktoś to zniszczył, zmarnował.
Kazał się pocałować... i stracił pracę
Ogródek pełnił nie tylko funkcje rekreacyjne, ale i dydaktyczne. Niespełna roczna Maria na zdjęciach z tamtego okresu pojawia się u taty na rękach na tle klatek ze zwierzątkami. W ogródku była np. część poświęcona systematyce roślin. Ale apetyt Tadeusza Borkowskiego rósł, to nie był taki człowiek, który by łatwo spoczął na laurach. W Płocku pełnił także funkcję prezesa PTTK i stąd miał szersze znajomości. Sam poszukał kontaktu z Janem Żabińskim. To była znana postać, pierwszy, jeszcze przedwojenny dyrektor warszawskiego zoo, popularyzator zoologii, naukowiec.
- Ojciec z nim się dogadał, żeby poparł jego pomysł założenia ogrodu zoologicznego w Płocku - mówi Maria Radomska-Borkowska. - I udało się! Zoo powstało!
Otwarcie, jak to w latach 50., a i przez kilka następnych dziesięcioleci także, musiało podkreślać dumę klasy robotniczej jako przewodniej siły narodu, więc nastąpiło 1 maja. Był rok 1951. Szefem został oczywiście Tadeusz Borkowski.
- Ale nie trwało to długo - śmieje się dziś jego córka. Ogrodem przestał kierować już w styczniu 1952 roku. - Pewnie i tak by go wyrzucili, bo miał nieco choleryczny temperament i nie był "swój" - wspomina. - A powód się znalazł taki, że kadrowy z magistratu chciał mu narzucić, żeby... nie pamiętam tego dokładnie, albo kogoś tam do pracy przyjął, albo tego kogoś zwolnił. Ojciec nie znosił takich nacisków i sterowania, więc kazał się kadrowemu pocałować... no, wiadomo gdzie. No i zaraz wyciągnęli mu przeszłość, przedwojenne bycie urzędnikiem w ratuszu, że działał w "Sokole", nawet był komendantem jakiejś komórki tej organizacji. Oczywiście zaraz wilczy bilet i do 1954 roku pracy w Płocku już nie mógł nigdzie znaleźć. I tak się z nim łaskawie obeszli, mógł przecież trafić do więzienia, jak wielu wówczas.
Dlaczego Marysia pobiła koleżankę
Zoo pozostało już na zawsze jego ukochanym dzieckiem. Tak mówił o ogrodzie: "moje czwarte dziecko". Z młodym dyrektorem, który nastał po nim, specjalnie się nie dogadywali. - Mieli bardzo podobne charaktery, temperamenty, więc to pewnie dlatego - przypuszcza córka, choć sama o Tadeuszu Taworskim ma bardzo dobrą opinię, już jako dorosła osoba wiele lat z nim współpracowała. Ale nie przypomina sobie, żeby z rodzicami chodziła do zoo. - Ze szkołą, na klasowe wycieczki tak, ale nie z nimi - mówi. - A kiedyś pobiłam się z koleżanką. Bo ja powiedziałam, że to mój tata założył zoo, a ona, chociaż dobrze wiedziała, że to prawda, bo przecież jej ojciec pracował z moim, mówi, że ja kłamię. No i ją zlałam.
Po roku 1954 jakaś praca dla Borkowskiego się znalazła. Był nauczycielem zawodu w "siedemdziesiątce", pracował jeszcze w Urzędzie Miasta. Aż bardzo poważnie zachorował w roku 1960, osiem lat później zmarł.
Córka Maria poszła w jego ślady. Po studiach i stażu (jest leśnikiem z wykształcenia) wróciła do Płocka, wyszła za mąż, urodziła córkę. Wiele lat pracowała w Urzędzie Wojewódzkim jako konserwator przyrody. A że los różne płata figle, to był w nim kadrowym ten sam człowiek, któremu jej ojciec kazał się całować w niewymowną część ciała i który go wyrzucił z ogrodu (- Nie, nazwiska nie powiem, po co to teraz... - mówi nasza bohaterka). Potem pani Maria była specjalistą ds. ochrony środowiska w podgostynińskim Kruku, a przed przejściem na emeryturę założyła z mężem własny zakład usług leśnych i zieleni. - Zoo dziś bardzo, bardzo, mi się podoba, to, jak wygląda, to ogromna zasługa jego dyrektora Aleksandra Niwelińskiego - ocenia. - Ale to mój ojciec je założył.
Nikt w piątek, na uroczystym spotkaniu jubileuszowym w płockim ratuszu, tego nie ukrywał. O protoplaście ogrodu padło wiele ciepłych słów. Podobnie jak o jego następcy Tadeuszu Taworskim. Dyrektor Niweliński przygotował prezentację historię ogrodu od jego początku. Oj, gdyby choć w połowie tak ciekawie było na obradach naszych rajców! Kolejne obrazy nie tylko wyzwalały pokłady wspomnień i sentymentów, ale dobitnie ukazywały, jak ogród się zmieniał i jak każdy z jego szefów realizował swoje wizje. Kiedy doszło do składania życzeń, Taworski zwrócił się do Niwelińskiego słowami: - Cieszę się, że to pan jest teraz dyrektorem.
I podarował mu cenną pamiątkę - medal z okazji 25-lecia zoo.
Kalendarium zoo
- - 1950-1951 - powstaje inicjatywa zorganizowania regionalnego Ogrodu Zoologicznego, podjęta przez Tadeusza Borkowskiego. Założony przez niego ogród botaniczny, w którym są m.in. lisy, sarna, albinotyczna sroka, zwiedza rocznie prawie 60 tys. ludzi. Ogród otrzymuje od miasta nowe tereny, na których istnieje do dnia dzisiejszego. Oficjalne otwarcie ogrodu zoologicznego nastąpiło 1 maja 1951 roku. Są w nim wilki, listy, gady, ryby - fauna krajowa.
1
2
następne »
- 14 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Oj, pierwszy dyrektor zoo to miał temperament...
adelina8
14.05.11, 05:21
ZOO , a jednak mamy coś z czego możemy być dumni.. Mam nadzieję że ono nikomu nie przeszkadza.»
Najczęściej czytane24 htydzień






więcej zdjęć
