Tęskno za bocznokołowcem. Takich statków już na Wiśle nie ma
20.05.2010
, aktualizacja: 20.05.2011 21:21
Statki są jak kobiety: muszą być rozumiane i kochane, w przeciwnym razie nie zdradzą sekretów swej duszy - opowiada Paweł Tomasz Śliwiński, którego dziadek i pradziadek byli kapitanami Żeglugi Śródlądowej i dowodzili parowcami.

Fot. Piotr Augustyniak / Agencja Gazeta
Paweł Śliwiński w Towarzystwie Naukowym Płockim opowiada o bocznokołowcach

Fot. dzięki uprzejmości www.zegluga.wroclaw.pl
Statek Bałtyk przy nabrzeżu w Płocku

Fot. Archiwum Pawła Śliwińskiego
Ok. 1929 r. Załoga statku "Bałtyk", prawdopodobnie w porcie w Płocku. W oknie sterówki Władysław Dynaburski, dziadek Pawła Śliwińskiego
W Towarzystwie Naukowym Płockim Paweł Tomasz Śliwiński, były szef PKS-u, obecnie pracownik prokuratury, dzielił się nostalgicznymi wspomnieniami na temat wiślanych bocznokołowców. Czyli statków napędzanych kołami łopatkowymi umieszczonymi z boku jednostki.
- Proszę spojrzeć na to zdjęcie. Pogodny letni dzień, spokojna Wisła w okolicach Nieszawy. Widać pokład statku "Stanisław", który w tym czasie nosił nazwę "Generał Świerczewski". Z jego komina spokojnie unosi się dym... Tego widoku dziś już na żywo nie zobaczymy, nie ocalał bowiem żaden wiślany parowiec - rozkładał ręce prelegent. - Żal, że bocznokołowce możemy tylko wspominać, a nie możemy ich dotknąć ani zobaczyć. Że ginęły pod palnikami spawaczy, tak jak "Traugutt" w Płocku. Albo spoczęły pod wodą, jak "Bałtyk" czy "Stanisław" leżące na dnie Zalewu Zegrzyńskiego. Jak w żeglarskiej pieśni: "Przeminął już białych żagli czas, pozostały tylko sny", czas parowców wiślanych chyba minął, niestety.
Jeszcze na początku ubiegłego stulecia Płock był na Wisłę skazany, gdyż transport lądowy praktycznie nie istniał. Nic dziwnego, że jeszcze przed wybuchem I wojny światowej świetnie prosperowała w Płocku firma "Żegluga Parowa na Wiśle St. i J. Górniccy", dysponująca flotyllą statków parowych, barek i berlinek. To w ich stoczni powstał słynny, wspomniany już "Świerczewski". Działała też firma żeglugowa Chaima Rogozika. Była również grupa wodniaków: hermetyczna, kultywująca tradycje i silne związki z Wisłą i uprawianym zawodem, trzymająca się razem. Ludzie ci zamieszkiwali przede wszystkim Rybaki, Mostową, Kościuszki, Radziwie. Posiadali własną obyczajowość, w Boże Ciało budowali wodniacki ołtarz, otaczali kultem św. Barbarę.
- Chaim Rogozik był rodowitym płocczaninem, miał zamiłowanie do tworzenia statków nowoczesnych i szybkich, jak "Goniec" czy "Herold". Ten pierwszy [nie mylić z innym "Gońcem", przemianowanym potem na "Traugutta" - red.], pływający potem pod nazwą "Warneńczyk", w latach 20. ubiegłego stulecia trafiał to do rąk Niemców, to rządu polskiego, który wykorzystywał go potem w wojnie przeciwko bolszewikom. Gdy potem chciano oddać Rogozikowi oba statki, ten ich nie przyjął. Wolał pieniądze, za które zaczął budować nowe jednostki - zaznaczył Paweł Tomasz Śliwiński.
I dodał, że na początku XX w. między Gdańskiem a Krakowem kursowała niemal setka bocznokołowców.
Właśnie Rogozik w 1925 r. zamówił w elbląskiej stoczni Schichaua statek pasażerski parowy bocznokołowy do przewozu pasażerów. Najpierw otrzymał on numer 1169, potem nazwę "Goniec", by z czasem zostać przechrzczonym na "Traugutta", jednego z najszybszych wiślanych bocznokołowców. Po II wojnie światowej statek kursował na stałej linii Warszawa-Gdańsk, ale w 1976 r. - na 150-lecie żeglugi parowej w Polsce - został wycofany z ruchu. Osiem lat później holowniki zabrały go w ostatnią podróż do Płocka, do bazy remontowej Żeglugi Warszawskiej. W 1996 r. dostał się pod płomień palników.
Śliwiński: - To dla mnie niepojęte, że w państwie prawa zabytek techniki, bez opinii konserwatora, został sprzedany, pocięty i bezpowrotnie stracony. Zachowały się jedynie boczne koła, które obecnie znajdują się u pasjonata w Kazimierzu Dolnym, uratowane przez niego ze złomowania. Przez blisko 10 lat obserwowaliśmy, jak "Traugutt" niszczeje na slipie [pochylni] blisko płockiego mostu. Tymczasem można go było przecież wyremontować, dzięki czemu mógłby się stać wspaniałą atrakcją turystyczną Płocka. Niestety, tak się nie stało.
Pasjonat z Kazimierza Dolnego to armator Henryk Skoczek. Przebłagał złomiarza, by oszczędził boczne koła, zabrał je ze sobą. Do dziś z uśmiechem wspomina transport do domu ponad pięciotonowego towaru o trzymetrowej średnicy kół. Dość powiedzieć, że łopaty wystawały poza burty ciężarówki.
- Był plan, by koła wykorzystać do budowy specjalnej instalacji, jednak z różnych powodów to się nie udało - uzupełnia Henryk Skoczek. - Choć mają już tyle lat, są w świetnym stanie. Czasem nawet przemawiają do mnie swoją bogatą historią. Nie brakowało cwaniaków, którzy chcieli je ode mnie kupić na złomowanie, ale odeszli z kwitkiem. Odmówiłem również Muzeum Wisły w Tczewie. Ostatnio pojawił się pomysł z Warszawy, by koła znów pruły wodę, wykorzystane przy remontowanym w stolicy statku "Lubecki". To na razie wstępne plany, ale co tu kryć, gdyby wszystko poszło dobrze, byłoby wspaniale.
Na pytanie, czy czasy bocznokołowców minęły bezpowrotnie, Paweł Tomasz Śliwiński odpowiedział: - Mam nadzieję, że nie.
- Proszę spojrzeć na to zdjęcie. Pogodny letni dzień, spokojna Wisła w okolicach Nieszawy. Widać pokład statku "Stanisław", który w tym czasie nosił nazwę "Generał Świerczewski". Z jego komina spokojnie unosi się dym... Tego widoku dziś już na żywo nie zobaczymy, nie ocalał bowiem żaden wiślany parowiec - rozkładał ręce prelegent. - Żal, że bocznokołowce możemy tylko wspominać, a nie możemy ich dotknąć ani zobaczyć. Że ginęły pod palnikami spawaczy, tak jak "Traugutt" w Płocku. Albo spoczęły pod wodą, jak "Bałtyk" czy "Stanisław" leżące na dnie Zalewu Zegrzyńskiego. Jak w żeglarskiej pieśni: "Przeminął już białych żagli czas, pozostały tylko sny", czas parowców wiślanych chyba minął, niestety.
Jeszcze na początku ubiegłego stulecia Płock był na Wisłę skazany, gdyż transport lądowy praktycznie nie istniał. Nic dziwnego, że jeszcze przed wybuchem I wojny światowej świetnie prosperowała w Płocku firma "Żegluga Parowa na Wiśle St. i J. Górniccy", dysponująca flotyllą statków parowych, barek i berlinek. To w ich stoczni powstał słynny, wspomniany już "Świerczewski". Działała też firma żeglugowa Chaima Rogozika. Była również grupa wodniaków: hermetyczna, kultywująca tradycje i silne związki z Wisłą i uprawianym zawodem, trzymająca się razem. Ludzie ci zamieszkiwali przede wszystkim Rybaki, Mostową, Kościuszki, Radziwie. Posiadali własną obyczajowość, w Boże Ciało budowali wodniacki ołtarz, otaczali kultem św. Barbarę.
- Chaim Rogozik był rodowitym płocczaninem, miał zamiłowanie do tworzenia statków nowoczesnych i szybkich, jak "Goniec" czy "Herold". Ten pierwszy [nie mylić z innym "Gońcem", przemianowanym potem na "Traugutta" - red.], pływający potem pod nazwą "Warneńczyk", w latach 20. ubiegłego stulecia trafiał to do rąk Niemców, to rządu polskiego, który wykorzystywał go potem w wojnie przeciwko bolszewikom. Gdy potem chciano oddać Rogozikowi oba statki, ten ich nie przyjął. Wolał pieniądze, za które zaczął budować nowe jednostki - zaznaczył Paweł Tomasz Śliwiński.
I dodał, że na początku XX w. między Gdańskiem a Krakowem kursowała niemal setka bocznokołowców.
Właśnie Rogozik w 1925 r. zamówił w elbląskiej stoczni Schichaua statek pasażerski parowy bocznokołowy do przewozu pasażerów. Najpierw otrzymał on numer 1169, potem nazwę "Goniec", by z czasem zostać przechrzczonym na "Traugutta", jednego z najszybszych wiślanych bocznokołowców. Po II wojnie światowej statek kursował na stałej linii Warszawa-Gdańsk, ale w 1976 r. - na 150-lecie żeglugi parowej w Polsce - został wycofany z ruchu. Osiem lat później holowniki zabrały go w ostatnią podróż do Płocka, do bazy remontowej Żeglugi Warszawskiej. W 1996 r. dostał się pod płomień palników.
Śliwiński: - To dla mnie niepojęte, że w państwie prawa zabytek techniki, bez opinii konserwatora, został sprzedany, pocięty i bezpowrotnie stracony. Zachowały się jedynie boczne koła, które obecnie znajdują się u pasjonata w Kazimierzu Dolnym, uratowane przez niego ze złomowania. Przez blisko 10 lat obserwowaliśmy, jak "Traugutt" niszczeje na slipie [pochylni] blisko płockiego mostu. Tymczasem można go było przecież wyremontować, dzięki czemu mógłby się stać wspaniałą atrakcją turystyczną Płocka. Niestety, tak się nie stało.
Pasjonat z Kazimierza Dolnego to armator Henryk Skoczek. Przebłagał złomiarza, by oszczędził boczne koła, zabrał je ze sobą. Do dziś z uśmiechem wspomina transport do domu ponad pięciotonowego towaru o trzymetrowej średnicy kół. Dość powiedzieć, że łopaty wystawały poza burty ciężarówki.
- Był plan, by koła wykorzystać do budowy specjalnej instalacji, jednak z różnych powodów to się nie udało - uzupełnia Henryk Skoczek. - Choć mają już tyle lat, są w świetnym stanie. Czasem nawet przemawiają do mnie swoją bogatą historią. Nie brakowało cwaniaków, którzy chcieli je ode mnie kupić na złomowanie, ale odeszli z kwitkiem. Odmówiłem również Muzeum Wisły w Tczewie. Ostatnio pojawił się pomysł z Warszawy, by koła znów pruły wodę, wykorzystane przy remontowanym w stolicy statku "Lubecki". To na razie wstępne plany, ale co tu kryć, gdyby wszystko poszło dobrze, byłoby wspaniale.
Na pytanie, czy czasy bocznokołowców minęły bezpowrotnie, Paweł Tomasz Śliwiński odpowiedział: - Mam nadzieję, że nie.
- 26 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




