Dobrzyków - Westerplatte nad Wisłą
24.05.2010
, aktualizacja: 24.05.2010 21:11
Żołnierze, strażacy, klerycy, mieszkańcy, łącznie 2 tys. osób, walczy od ponad doby o utrzymanie zapory w podpłockim Dobrzykowie. By jej ulżyć i obniżyć poziom rozlewiska, saperzy wysadzili tam wał nad Wisłą. - To jest nasze mazowieckie Westerplatte - mówi rzeczniczka wojewody Ivetta Biały
ZOBACZ TAKŻE
- Płockie Borowiczki po ogłoszeniu ewakuacji (ZDJĘCIA) (24-05-10, 21:46)
- Akcja antypowodziowa w Słubicach (ZDJĘCIA) (24-05-10, 21:41)
- Prezydent Milewski o ewakuacji Borowiczek: Na wszelki wypadek (24-05-10, 21:24)
- Pomoc wojewody. Rodziny dostaną do 6 tys. zł (24-05-10, 21:12)
- Dlaczego wały nie wytrzymały? Wina bobrów? (24-05-10, 21:12)
- Prezydent zdecydował: ewakuacja części płockich Borowiczek (24-05-10, 17:56)
- Płock: wody znów przybywa, trwa walka o wał w Borowiczkach (24-05-10, 16:54)
- Zalane miejscowości po przerwaniu wału w Świniarach (ZDJĘCIA LOTNICZE) (24-05-10, 16:32)
- Trwa wysadzanie wału w Dobrzykowie (NOWE ZDJĘCIA) (24-05-10, 09:06)
- Wysadzanie wału przeciwpowodziowego w Dobrzykowie (WIDEO) (24-05-10, 08:56)
Wał w Świniarach - ok. 20 km od Płocka - Wisła przerwała w niedzielę rano. Woda rozlała się na ponad 20 miejscowości i dotarła do Dobrzykowa (od południowych granic Płocka dzieli go ledwie 4-5 km). Rozlewisko ma przeszło 3 m wysokości, mieszka tam 4 tys. osób - do wczorajszego popołudnia na ewakuację zdecydowała się jedynie nieco ponad połowa.
Bez chwili wytchnienia w Dobrzykowie tłum ludzi pracuje od kilkudziesięciu godzin. Są żołnierze z Ciechanowa, saperzy z Kazunia, strażacy, pomagają miejscowi i ochotnicy z Płocka - m.in. klerycy z Wyższego Seminarium Duchownego i pracownicy Levi'sa. - Oni wszyscy układają z worków z piaskiem wielką zaporę, która styka się z wałem i ma nie pozwolić wydostać się wodzie z Dobrzykowa. Jeśli się nie uda, a zaraz potem woda pokona jeszcze jedną, już ostatnią przeszkodę - tzw. przegrodę dolinową usypaną w poprzek drogi w następnej miejscowości, czyli Jordanowie, zagrozi sześciotysięcznemu płockiemu osiedlu Radziwie - wyjaśniał wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski.
Bohater z Dobrzykowa
Dlatego wczoraj sztab kryzysowy zdecydował: dotychczasowe zabezpieczenia nie wystarczą; aby ulżyć zaporze, trzeba wysadzić wał w Dobrzykowie.
- Chodzi o to, by masa wody, która wylała się przez wyrwę w wale w Świniarach, wróciła do koryta Wisły przez wyrwę w Dobrzykowie - opowiadał inżynier Janusz Czartoryjski, specjalista w dziedzinie budowy wałów i zachowania rzek. Pomaga w akcji, to on wskazał, w którym miejscu najlepiej przerwać wał.
Saperzy mieli zjawić się lada chwila. - Ale czas gonił. Wtedy poprosiliśmy o pomoc Ryszarda Bednarskiego, on mieszka tu w okolicy i ma firmę budowlaną. Ten człowiek zrobił co mógł, żeby ocalić Dobrzyków - opowiada Adam Stuzik, marszałek województwa mazowieckiego (to w jego pieczy są wały, rzeka i cała sytuacja hydrologiczna na Mazowszu). - Zjawił się na wale, w koparce z wielkim wysięgnikiem, była niedziela, gdzieś godz. 21. I do rana, bez chwili przerwy, odpoczynku, rozkopywał wał. Podjeżdżał, sięgał po kolejne zwały ziemi, cofał się, woda szła coraz większą dziurą. Ryzykował życie. Pracował sam jeden, bo na wale nie mogło być za dużo ciężkiego sprzętu. Rozkopał wał. Gdyby nie to... Dobrzyków zniknąłby pod wodą.
- Strażacy pytali się mnie tu, czy się nie boję, że mnie nurt porwie. Ale ja mam uprawnienia od lat 70., wiem, co robię - po południu opowiadał "Gazecie" bohater z Dobrzykowa. Był wciąż na miejscu, na wale. Spał tylko godzinę. - W tym momencie wyrwa w podstawie wału ma z 80-90 m. Czy się uda? Moim zdaniem, mamy jakieś 50 proc. szans, że woda się nie przeleje.
W tym samym czasie śmigłowce próbowały załatać wyrwę w Świniarach. Z terenu tuż przy szkolnym boisku w Słubicach, teraz zamienionego na lądowisko, zabierały gruz i betonowe bloki, wcześniej zapakowane w worki przez żołnierzy z Gołdapi. Każdy taki worek waży ponad tonę, każdy podwieszany jest pod ciężki wojskowy helikopter. A potem zrzucany w wyrwę. Z ogromną precyzją. W sumie, żeby załatać wał, trzeba wykonać aż 6 tys. takich lotów. Ale ratownicy zauważyli, że napór Wisły w Świniarach udaje się zatrzymać, dlatego nie rezygnują.
Nie chciałam widzieć tego drugi raz
- Do nas woda weszła dopiero dziś, w poniedziałek - mówi Marianna Seklecka z Nowosiadła, miejscowości położonej niedaleko Świniar. - Ale ewakuowaliśmy się już w niedzielę rano. Nie chcieliśmy czekać, bo przeżyłam powódź w roku 1982 i pamiętam wodę sięgającą dachu mojego domu. Nie chciałam widzieć tego drugi raz.
W ciągu 15 minut pani Marianna, jej syn, synowa i dwójka wnucząt uciekli z domu. Fala z wyrwy w Świniarach szła prosto na nich. Noc spędzili już w słubickiej szkole.
- Na szczęście zdążyliśmy jeszcze zabrać inwentarz, 25 świń, tutaj do Słubic. Poza tym już nic, nawet ubrania na zmianę - pani Marianna ma łzy w oczach, jej synowa nie powstrzymuje płaczu. - W szkole niczego nam nie brakuje, są koce, materace, śpiwory, ciepłe posiłki. Ale żywioł wyrwał nas z naszego miejsca, z domu, zmarnował dorobek. Bo ja pamiętam, jak to jest wrócić do zalanego domu. Smród, syf, zupełne zniszczenie, człowiek nie wie, za co ma się wziąć.
Powodzianie mają nadzieję, że nie zostaną sami. - Była tu u nas pani z gminnego ośrodka pomocy społecznej - dodaje Marianna Seklecka. - Podobno wypłata zasiłków ma ruszyć lada dzień, może już we wtorek.
Problem polega na tym, że pani Marianna i jej rodzina to właściwie wyjątki. Dopiero w poniedziałek nieco więcej ludzi zaczęło decydować się na ewakuację. - Podlatujemy do ludzi, stoją na balkonach, woda podchodzi już pod pierwsze piętra. A oni stoją. No nie wiem, na co czekają - kręci głową kapitan Mariusz Kawnik, ratownik wysokościowy z łódzkiej straży pożarnej. On i jego ludzie pracują na terenie gmin Gąbin i Słubice od niedzieli, w sumie wyciągnęli już z odmętów ok. 20 osób.
- Ewakuowani... zazwyczaj są w szoku, wczoraj mieliśmy przypadek omdlenia, starszy pan stracił przytomność. Na szczęście dość szybko wrócił do siebie. Ludzie boją się żywiołu, wody, z drugiej strony - wysokości, huku śmigłowca. Ale zdają sobie sprawę, że nie mają wyjścia.
Pierwszy obowiązek generałów
Na boisku przy szkole w Słubicach wylądował po południu minister obrony narodowej Bogdan Klich. - Jestem tu po to, by wyrazić swoją wdzięczność żołnierzom walczącym z powodzią. Wszystkim, którzy pomagają przy wałach, ewakuacji, pilotom, saperom. Polacy widzą, że wojsko dobrze służy ludziom.
Pięć minut wcześniej lądowali tu dowódca wojsk lądowych generał dywizji Zbigniew Głowienka i dowódca operacyjny sił zbrojnych generał dywizji Edward Gruszka. Świeżo nominowane najwyższe dowództwo polskiej armii. - Dosłownie godzinę wcześniej podpisali protokoły dotyczące przejęcia obowiązków. I od razu przylecieli tutaj - podkreślał podpułkownik Tomasz Szulejko, rzecznik prasowy dowódcy sił lądowych. - Powódź to ich pierwszy obowiązek. Oceniamy, że sytuacja pod Płockiem należy w tym momencie do najpoważniejszych.
Po południu Ivetta Biały orzekła: - Dobra wiadomość jest taka, że woda ustabilizowała się. Zła: zapora w Dobrzykowie jednak zaczyna przeciekać.
- Walczymy. Przed nami kolejna bardzo ciężka noc - komentował burmistrz Gąbina Krzysztof Jadczak.
Bez chwili wytchnienia w Dobrzykowie tłum ludzi pracuje od kilkudziesięciu godzin. Są żołnierze z Ciechanowa, saperzy z Kazunia, strażacy, pomagają miejscowi i ochotnicy z Płocka - m.in. klerycy z Wyższego Seminarium Duchownego i pracownicy Levi'sa. - Oni wszyscy układają z worków z piaskiem wielką zaporę, która styka się z wałem i ma nie pozwolić wydostać się wodzie z Dobrzykowa. Jeśli się nie uda, a zaraz potem woda pokona jeszcze jedną, już ostatnią przeszkodę - tzw. przegrodę dolinową usypaną w poprzek drogi w następnej miejscowości, czyli Jordanowie, zagrozi sześciotysięcznemu płockiemu osiedlu Radziwie - wyjaśniał wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski.
Bohater z Dobrzykowa
Dlatego wczoraj sztab kryzysowy zdecydował: dotychczasowe zabezpieczenia nie wystarczą; aby ulżyć zaporze, trzeba wysadzić wał w Dobrzykowie.
- Chodzi o to, by masa wody, która wylała się przez wyrwę w wale w Świniarach, wróciła do koryta Wisły przez wyrwę w Dobrzykowie - opowiadał inżynier Janusz Czartoryjski, specjalista w dziedzinie budowy wałów i zachowania rzek. Pomaga w akcji, to on wskazał, w którym miejscu najlepiej przerwać wał.
Saperzy mieli zjawić się lada chwila. - Ale czas gonił. Wtedy poprosiliśmy o pomoc Ryszarda Bednarskiego, on mieszka tu w okolicy i ma firmę budowlaną. Ten człowiek zrobił co mógł, żeby ocalić Dobrzyków - opowiada Adam Stuzik, marszałek województwa mazowieckiego (to w jego pieczy są wały, rzeka i cała sytuacja hydrologiczna na Mazowszu). - Zjawił się na wale, w koparce z wielkim wysięgnikiem, była niedziela, gdzieś godz. 21. I do rana, bez chwili przerwy, odpoczynku, rozkopywał wał. Podjeżdżał, sięgał po kolejne zwały ziemi, cofał się, woda szła coraz większą dziurą. Ryzykował życie. Pracował sam jeden, bo na wale nie mogło być za dużo ciężkiego sprzętu. Rozkopał wał. Gdyby nie to... Dobrzyków zniknąłby pod wodą.
- Strażacy pytali się mnie tu, czy się nie boję, że mnie nurt porwie. Ale ja mam uprawnienia od lat 70., wiem, co robię - po południu opowiadał "Gazecie" bohater z Dobrzykowa. Był wciąż na miejscu, na wale. Spał tylko godzinę. - W tym momencie wyrwa w podstawie wału ma z 80-90 m. Czy się uda? Moim zdaniem, mamy jakieś 50 proc. szans, że woda się nie przeleje.
W tym samym czasie śmigłowce próbowały załatać wyrwę w Świniarach. Z terenu tuż przy szkolnym boisku w Słubicach, teraz zamienionego na lądowisko, zabierały gruz i betonowe bloki, wcześniej zapakowane w worki przez żołnierzy z Gołdapi. Każdy taki worek waży ponad tonę, każdy podwieszany jest pod ciężki wojskowy helikopter. A potem zrzucany w wyrwę. Z ogromną precyzją. W sumie, żeby załatać wał, trzeba wykonać aż 6 tys. takich lotów. Ale ratownicy zauważyli, że napór Wisły w Świniarach udaje się zatrzymać, dlatego nie rezygnują.
Nie chciałam widzieć tego drugi raz
- Do nas woda weszła dopiero dziś, w poniedziałek - mówi Marianna Seklecka z Nowosiadła, miejscowości położonej niedaleko Świniar. - Ale ewakuowaliśmy się już w niedzielę rano. Nie chcieliśmy czekać, bo przeżyłam powódź w roku 1982 i pamiętam wodę sięgającą dachu mojego domu. Nie chciałam widzieć tego drugi raz.
W ciągu 15 minut pani Marianna, jej syn, synowa i dwójka wnucząt uciekli z domu. Fala z wyrwy w Świniarach szła prosto na nich. Noc spędzili już w słubickiej szkole.
- Na szczęście zdążyliśmy jeszcze zabrać inwentarz, 25 świń, tutaj do Słubic. Poza tym już nic, nawet ubrania na zmianę - pani Marianna ma łzy w oczach, jej synowa nie powstrzymuje płaczu. - W szkole niczego nam nie brakuje, są koce, materace, śpiwory, ciepłe posiłki. Ale żywioł wyrwał nas z naszego miejsca, z domu, zmarnował dorobek. Bo ja pamiętam, jak to jest wrócić do zalanego domu. Smród, syf, zupełne zniszczenie, człowiek nie wie, za co ma się wziąć.
Powodzianie mają nadzieję, że nie zostaną sami. - Była tu u nas pani z gminnego ośrodka pomocy społecznej - dodaje Marianna Seklecka. - Podobno wypłata zasiłków ma ruszyć lada dzień, może już we wtorek.
Problem polega na tym, że pani Marianna i jej rodzina to właściwie wyjątki. Dopiero w poniedziałek nieco więcej ludzi zaczęło decydować się na ewakuację. - Podlatujemy do ludzi, stoją na balkonach, woda podchodzi już pod pierwsze piętra. A oni stoją. No nie wiem, na co czekają - kręci głową kapitan Mariusz Kawnik, ratownik wysokościowy z łódzkiej straży pożarnej. On i jego ludzie pracują na terenie gmin Gąbin i Słubice od niedzieli, w sumie wyciągnęli już z odmętów ok. 20 osób.
- Ewakuowani... zazwyczaj są w szoku, wczoraj mieliśmy przypadek omdlenia, starszy pan stracił przytomność. Na szczęście dość szybko wrócił do siebie. Ludzie boją się żywiołu, wody, z drugiej strony - wysokości, huku śmigłowca. Ale zdają sobie sprawę, że nie mają wyjścia.
Pierwszy obowiązek generałów
Na boisku przy szkole w Słubicach wylądował po południu minister obrony narodowej Bogdan Klich. - Jestem tu po to, by wyrazić swoją wdzięczność żołnierzom walczącym z powodzią. Wszystkim, którzy pomagają przy wałach, ewakuacji, pilotom, saperom. Polacy widzą, że wojsko dobrze służy ludziom.
Pięć minut wcześniej lądowali tu dowódca wojsk lądowych generał dywizji Zbigniew Głowienka i dowódca operacyjny sił zbrojnych generał dywizji Edward Gruszka. Świeżo nominowane najwyższe dowództwo polskiej armii. - Dosłownie godzinę wcześniej podpisali protokoły dotyczące przejęcia obowiązków. I od razu przylecieli tutaj - podkreślał podpułkownik Tomasz Szulejko, rzecznik prasowy dowódcy sił lądowych. - Powódź to ich pierwszy obowiązek. Oceniamy, że sytuacja pod Płockiem należy w tym momencie do najpoważniejszych.
Po południu Ivetta Biały orzekła: - Dobra wiadomość jest taka, że woda ustabilizowała się. Zła: zapora w Dobrzykowie jednak zaczyna przeciekać.
- Walczymy. Przed nami kolejna bardzo ciężka noc - komentował burmistrz Gąbina Krzysztof Jadczak.
- 19 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
-
Na tym właśnie polega patriotyzm i heroizm.
fpz
25.05.10, 15:15
Pokazaliście co to znaczy patriotyzm i heroizm. roniliście swojej "małej"ojczyzny.Wielkie słowa uznania, dla tych wszystkich za ich trud i poświęcenie. Moi rodzice i teściowie zamieszkują w »
Najczęściej czytane24 htydzień







