Z Mokrowieckim nieraz zdarzyło się nam drzeć koty

Rozmawiał Rafał Kowalski
27.01.2012 , aktualizacja: 26.01.2012 21:10
A A A Drukuj
Płock teatr za 200 lat? Samochody będą latały, ludzie może też. Mam jednak nadzieję, że nasza scena się nie zmieni, nie stanie się np. wirtualna. W sumie jestem spokojna, świat teatru od starożytności przetrwał wiele wojen, rewolucję przemysłową, a wciąż jest sobą. I niech tak zostanie - mówi Jolanta Milewska, szefowa Biura Obsługi Widza w płockim teatrze.
Jolanta Milewska
Fot. Tomasz Niesłuchowski / Agencja Gazeta
Jolanta Milewska
Rafał Kowalski: Płocki teatr jest już sędziwym staruszkiem czy jeszcze młodzieniaszkiem?

Jolanta Milewska: Może nie sędziwym, ale jednak staruszkiem. Jesteśmy zaledwie 47 lat młodsi od Teatru Narodowego w Warszawie. W porównaniu z dwustoma latami teatru w Płocku moje 32 lata pracy tutaj wydają się drobnostką. Mimo że przez ten czas sporo się działo. Zmieniali się dyrektorzy, aktorzy...

A publiczność, gusta tej obecnej różnią się od tej sprzed 30 lat?

- Dzisiejszy widz nie różni się od tego sprzed lat, jeśli chodzi o chęć oglądania uniwersalnych problemów na scenie. Zauważam jednak, że kiedyś teatromani byli bardziej wysublimowani. Obecni lubią problemy podane w sposób bardziej lekki, komediowy. Nie tyle jednak lubią rechotać, co zdrowo się pośmiać. Jak choćby podczas "Kochanków nie z tej ziemi", naszej ostatniej propozycji. Prostota to nie to samo co prostactwo.

Bardziej ambitny repertuar umiera?

- Bynajmniej. Bo jeśli ambitny pomysł jest porządnie dopracowany i świetnie zagrany, wychodzi taka perełka jak "Mazepa" Krzysztofa Prusa sprzed trzech lat. Nie jest to rzecz nastawiona na komercję. Ma jednak swoich widzów, którzy po obejrzeniu tej sztuki nie zapominali o niej po pięciu minutach. W ten sposób nie można pozwolić umrzeć spektaklom dla widza bardziej wymagającego.

Przez płocki teatr przewinęło się wiele sław sceny?

- Głośnych nazwisk nie zabrakło za mojej dotychczasowej bytności. Zapadło mi w pamięć spotkanie z Niną Andrycz, która przyjechała do nas, bodajże z monodramem „Maria Stuart”. Ciepło też wspominam spotkanie z Hanką Bielicką. Do dzisiaj pozostaję pod wrażeniem przyjazdu mistrza Adama Hanuszkiewicza czy też wizyt Wojciecha Pokory i Stefana Friedmanna. Te wszystkie wielkie gwiazdy okazały się ludźmi, z którymi można pogadać na różne tematy. Nasi obecni aktorzy też przychodzą na ploteczki (śmiech ). Najbardziej jednak zapamiętam spotkanie z Jerzym Dobrowolskim. Sztuka jego i Stanisława Tyma, zatytułowana „Ciemny grylaż”, miała swoją premierę w naszym teatrze na początku lat 80. ubiegłego wieku. Pracowałam przy niej jako inspicjent, dzięki czemu mocno zaraziłam się magią teatru. Dużo pomogła mi w tym osobowość pana Jerzego, to był świetny człowiek.

Mówimy o widzach i aktorach płockiego teatru, a co z jego szefostwem?

- Śliski temat (śmiech ). Z Markiem Mokrowieckim, obecnym dyrektorem, nieraz zdarzało się nam drzeć koty przy układaniu repertuaru. Zanim zaczniemy, lepiej schować wszystkie ostre narzędzia! Ale nie mamy siebie dość, bo każde z nas potrafi przyznać się do błędu - jeśli okaże się, że druga strona miała rację. Raz nawet, w ramach przeprosin, dyrektor kupił mi koniak. Z takich dyskusji, czasem ostrych, rodzi się często coś pozytywnego. Można zażartować, że kłócimy się dla dobra naszego teatru.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów