Zdania na temat znieczulenia zewnątrzoponowego podczas porodu są podzielone. Specjaliści dostrzegają jego zalety. Widzą także wady. Kobiety rodzące wolałyby jednak decyzję podejmować same. A przynajmniej mieć świadomość, że taka możliwość istnieje.
W szpitalu na Winiarach znieczulenia zewnątrzoponowe wykonywane są sporadycznie. - Stosujemy je bardzo rzadko - tłumaczy ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego w szpitalu na Winiarach Wojciech Panek. - Po prostu nie mamy odpowiedniej liczby anestezjologów. A podczas porodu ze znieczuleniem taki lekarz musi być obecny. I to przez cały czas. Nie może jednocześnie asystować przy jakimś innym zabiegu.
Wojciech Panek przyznaje, że gdyby nie braki personalne, na pewno na Winiarach znieczulenia zewnątrzoponowe byłyby przeprowadzane. - Jesteśmy za - mówi. - Takie znieczulenie to dla rodzącej komfort. A wiele kobiet bardzo źle znosi ból. Ze strachu przed nim część myśli o porodzie przez cesarskie cięcie. Znieczulenie mogłoby temu zapobiec.
Ordynator potwierdza, że wiele kobiet dopytuje o możliwość znieczulenia. - Odpowiedź na takie pytanie jest krótka - mówi. - Kobieta musi wtedy mieć prywatnego, opłaconego anestezjologa. Innej możliwości nie ma.
Okazuje się, że i to nie jest łatwe, bo lekarze często mają akurat dyżur albo lub są zajęci przy innym zabiegu.
To nie oznacza, że w szpitalu nie wykonują znieczuleń zewnątrzoponowych w ogóle. - Przeprowadzamy je, gdy takie jest wskazanie lekarza - wyjaśnia ordynator ginekologii. - Ale są to bardzo rzadkie przypadki.
Dyrektor szpitala na Winiarach Stanisław Kwiatkowski przyznaje, że problem z małą liczbą zatrudnionych anestezjologów ma wiele szpitali. - To mało popularna specjalność - mówi. - Niewielu lekarzy decyduje się na nią. Wybierają bardziej intratne kierunki. W ciągu ostatnich dziesięciu lat na robienie specjalizacji z anestezjologii udało nam się namówić tylko dwóch czy trzech naszych lekarzy.
W szpitalu miejskim rodzące pacjentki w ogóle nie mogą liczyć na znieczulenie zewnątrzoponowe na życzenie. Ale powody takiej sytuacji są inne. - Na brak anestezjologów nie narzekamy - tłumaczy prezes Płockiego Zakładu Opieki Zdrowotnej Robert Makówka. - Ale takie znieczulenie nie jest u nas powszechna metodą. Jak każde inne, niesie za sobą ryzyko. Stanowiska na temat jego wad i zalet są wśród lekarzy podzielone. Ale więcej jest argumentów na nie, niż na tak. Dlatego u nas takie znieczulenie stosowane jest bardzo rzadko. Tylko, gdy są ku temu wskazania lekarza. Takiej usługi nie ma w naszym cenniku. Nie chcemy bowiem do niej namawiać i sprzedawać jej.
W Narodowym Funduszu Zdrowia twierdzą jednak, że każda kobieta podczas porodu ma prawo poprosić o znieczulenie zewnątrzoponowe. - Lekarz nie powinien wtedy odmówić - mówi Przemysław Szulczewski z biura prasowego mazowieckiego oddziału NFZ. - Oczywiście, jeśli do zastosowania takiego znieczulenia nie ma przeciwwskazań lekarskich, nie osłabi ono np. funkcji życiowych dziecka. Za znieczulenie na własną prośbę pacjentka musi jednak zapłacić. Średnio jest to około 700 złotych.
Wiele kobiet twierdzi, że chętnie zapłaciłoby taką kwotę. - Chciałam mieć taką możliwość na zasadzie wentyla bezpieczeństwa - opowiada nasza czytelniczka, która w Szpitalu św. Trójcy rodziła w 2005 roku. - Nawet gdybym miała z niej nie skorzystać, byłoby mi lżej. Wiele kobiet pytało o takie znieczulenie podczas szkoły rodzenia, ale od razu usłyszeliśmy, że nic z tego.
- Znieczulenia podczas porodu to sprawa wieloaspektowa i jest wokół niej wiele kontrowersji - mówi prezes fundacji Rodzić po Ludzku Anna Otffinowska. - Trudno powiedzieć, czy się jest za czy przeciw. Wszystko zależy od okoliczności. Z jednej strony takie znieczulenie wydaje się błogosławieństwem, jest jak obietnica raju. Poród przez wieki bolał i nagle przestaje. Dlatego wiele kobiet bardzo sobie takie rozwiązanie chwali. I to jest ta jasna strona. Ale jest i druga. Jak pokazują badania, przeprowadzane na całym świecie znieczulenie bardzo mocno ingeruje w przebieg porodu i może spowodować skutki uboczne. Wzrasta wtedy odsetek porodów zabiegowych, np. z użyciem kleszczy czy vacuum. U kobiet, które rodziły ze znieczuleniem, może wystąpić tzw. zespół popunkcyjny, czyli bardzo silne bóle migrenowe. Po znieczuleniu młoda mama jest unieruchomiona. Bardzo spada także ciśnienie krwi rodzącej, co grozi niedotlenieniem dziecka. Ale są oczywiście również porody ze znieczuleniem, które przebiegają bez żadnych zakłóceń - dodaje.
Anna Otffinowska jest jednak kolejną osobą, która podkreśla, że kobieta powinna mieć prawo wyboru. - To rodząca w ostatecznym rozrachunku jest odpowiedzialna - mówi. - Całkowite odcięcie jej od możliwości wyboru nie jest dobre. Rodzi bunt i frustrację.
Żeby rodząca mogła świadomie wybrać, zdaniem prezes fundacji najważniejszy jest jasny przekaz informacji i edukacja. - W Warszawie spotykamy się ostatnio z promocją znieczulenia - mówi. - Kobietom tłumaczy się, że ma ono same zalety, nie wspomina się natomiast o wadach.
Anna Otffinowska dodaje, że być może kobiety wcale nie chciałyby rodzić ze znieczuleniem, gdyby na porodówkach miały odpowiednie warunki. - Poród to proces fizjologiczny - tłumaczy. - Bardziej naturalny dla organizmu niż np. przygotowania do olimpiady. Dlatego jeśli rodząca ma zapewnioną intymność, może rodzić w pozycji wertykalnej a nie musi leżeć, jest w stanie wziąć ciężar porodu na swoje barki. Dobra położna także potrafi przeprowadzić rodząca przez najtrudniejsze momenty. Ale jeśli takich warunków nie ma, to jedyny ratunek, który w takich trudnych momentach przychodzi do głowy rodzącej, to właśnie znieczulenie.
Nie bez znaczenia jest też oksytocyna, hormon, który ma przyśpieszyć poród. - W Polsce wlewa się ją w kobiety hektolitrami - mówi Anna Otffinowska. - Podaje się ją co drugiej kobiecie. Skurcze są wtedy tak silne, że niepodanie znieczulenia jest wtedy po prostu nieetyczne. I wtedy trzeba brnąc dalej w medykamenty. Jeśli nie dajemy znieczulenia, nie dawajmy też przyspieszaczy.
Źródło: Gazeta Wyborcza Płock