Szpital pytał o pochówek żyjącego dziecka

Milena Orłowska, Małgorzata Siuta
2009-04-20 , aktualizacja: 20.04.2009 21:36
A A A Drukuj
Mówili nam o zakładzie pogrzebowym. - Tak chciała natura - pocieszali jeszcze na sali porodowej. Wpadliśmy z żoną w rozpacz. Kilka godzin później stwierdzili: - Wasze dziecko żyje.
Billboard na budynku szpitala Świętej Trójcy - spółka chwali się miejscami w rankingu szpitali prywatnych
Fot. Dominik Dziecinny / AG
Billboard na budynku szpitala Świętej Trójcy - spółka chwali się miejscami w rankingu szpitali prywatnych
Państwo K. - młode małżeństwo z Płocka - przeszli trudny do wyobrażenia koszmar. Ich córka przyszła na świat przedwcześnie. W szpitalu Świętej Trójcy, jeszcze na sali porodowej, padły - tak przynajmniej wynika z relacji zdenerwowanego ojca - złowieszczo brzmiące słowa: "pochówek", "zakład pogrzebowy"...

Kilka godzin później lekarz powiedział zrozpaczonym rodzicom, że ich córeczka żyje.

Czy chcą państwo pochować dziecko

- Termin porodu mieliśmy wyznaczony na początek lipca - opowiada Radosław K. - Ale ciąża była zagrożona, żona trzykrotnie była hospitalizowana. 5 kwietnia, w niedzielę wieczorem, także poczuła się źle. Zgłosiliśmy się do szpitala Świętej Trójcy, tam wzywali jeszcze karetkę pogotowia, żeby przewieźć żonę do szpitala wojewódzkiego.

To wymóg Narodowego Funduszu Zdrowia: nowo narodzone dziecko w stanie zagrożenia życia, które potrzebuje działań podtrzymujących oddech lub krążenie, musi być leczone w tzw. ośrodku drugo- albo trzeciorzutowym. W Płocku to szpital wojewódzki jest ośrodkiem drugorzutowym dla "miejskiego" szpitala Świętej Trójcy.

Radosław K. wspomina: - Okazało się jednak, że na nic nie ma już czasu. Poród odbył się natychmiast.

A zaraz potem ktoś zapytał, czy chcemy ochrzcić dziecko. Zgodziliśmy się, córka dostała na imię Nikola. Ktoś nam ją pokazał. Była maleńka i się nie ruszała. A potem bez słowa ją wynieśli. Nie mogliśmy zrozumieć, co się w ogóle dzieje, byliśmy przerażeni. Położna zaczęła nam mówić, że tak chciała natura, że jesteśmy jeszcze młodzi, że możemy mieć dzieci. Usłyszałem pytanie, czy chcemy pochować córkę. Nie da się opisać tego, co czuliśmy. "Ci ludzie mówią mi, że moje dziecko nie żyje?" - myślałem. Chciałem zapytać wprost, co z nią, czy nie ma już żadnej nadziei, czy naprawdę umarła. Ale nie mogłem. Te słowa stały mi w gardle. Wszyscy widzieli, jak płaczemy z żoną. I nikt nie powiedział nam, że jest jakakolwiek szansa.

Matka dziewczynki musiała dostać zastrzyk na uspokojenie, zaproponowano jej, że nazajutrz przyjdzie do niej psycholog.

- Była w strasznym stanie, powtarzała tylko: "Dlaczego?", "Jak to się mogło stać?" - opowiada jej mąż. - W końcu przeniesiono ją na oddział położniczy, a ja postanowiłem wrócić do domu. Sama pani widzi, gdybym wiedział, że moje dziecko jest gdzieś obok, walczy o życie, z pewnością nie wyszedłbym z tego szpitala, byłbym przy maluchu. Zresztą, przy wyjściu usłyszałem jeszcze, żebym następnego dnia zgłosił się po dokumenty. I że szpital zawiadomi zakład pogrzebowy, padła nawet konkretna nazwa.

Radosław K. podkreśla, że nikt z personelu nie powiedział mu wprost: "Dziecko nie żyje". - Ale nikt nie powiedział nam także, że ma jakiekolwiek szanse. Tylko o tym pochówku, zakładzie pogrzebowym. Nie mieliśmy wątpliwości. Ogarnęła nas rozpacz - zwierza się pan Radosław.

Kwestia 10 minut

W poniedziałek o 7.30 Radosław K. przyszedł do żony. - O godz. 9 do sali wszedł lekarz. Oświadczył: "Córeczka żyje i jest w inkubatorze. Nie wiem, kto państwu powiedział, że dziecko zmarło. Gdyby tak było, zawiadomiłbym o tym osobiście". Poszliśmy obejrzeć córkę, staliśmy przy tym inkubatorze i płakaliśmy oboje. Wyjaśnienia? Nie, nikt z lekarzy nic nam nie wyjaśnił - relacjonuje ojciec. Martwi się o coś jeszcze...

- A jeśli oni faktycznie uznali, że córeczka zmarła? A jeśli nikt jej nie ratował? Dopiero po porodzie usłyszeliśmy, że w szpitalu Świętej Trójcy nie ma oddziału intensywnej terapii dla noworodków i że mała powinna trafić na Winiary. Tylko że poród był około pierwszej w nocy, a karetka została wezwana z Winiar dopiero o 9! W dodatku przyjechała o 11, bo jej ekipa, wcześniej nieuprzedzona, musiała zrobić dezynfekcję inkubatora. Lekarz z Winiar, który córkę odbierał, powiedział, że dziecko było niedotlenione, w hipotermii. A inny, już w szpitalu, zapytał "Czemu tak późno?".

Nasz rozmówca chce sprawę wyjaśnić. Zgłosił się już na policję, opowiedział wszystko. Sprawa trafiła do prokuratury, prawdopodobnie dziś zapadnie decyzja o wszczęciu śledztwa. W grę wchodzi artykuł 160 kodeksu karnego. Mówi on, że jeśli ktoś ma obowiązek opiekować się drugą osobą, a naraża ją na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu - podlega karze pozbawienia wolności do lat pięciu.

Niektóre czekają dwie doby

Mieczysław Bąkowski, konsultant oddziału noworodkowego szpitala Świętej Trójcy: - Dziecko było w stanie zamartwicy, z ciężką infekcją, dostało jeden punkt w skali Apgar, funkcje życiowe ograniczały się do pojedynczych skurczów serca. Ale nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że żyje. Ratowaliśmy je, nikt nie zaniedbał swoich obowiązków. Dziewczynka prosto z sali porodowej, owinięta w specjalną podtrzymującą ciepło tkaninę, trafiła w ciągu dwóch minut do inkubatora.

W szpitalu Świętej Trójcy nie ma oddziału intensywnej opieki medycznej (dziecięcego OIOM-u). Jak wyjaśnia doktor Bąkowski, w szpitalu wojewódzkim są respiratory nowszej generacji i personel przeznaczony tylko do pracy na takim oddziale. Ale w Trójcy przekonują, że ich aparatura też daje możliwości właściwej opieki nad wcześniakami aż do momentu przetransportowania ich do szpitala drugorzutowego.

Są tam inkubatory i sprzęt do podstawowej techniki wsparcia oddechowego. - Tlen możemy podawać albo biernie (bezpośrednio do inkubatora lub do noska dziecka przez rurki), w grę wchodzą także bardziej agresywne metody tlenoterapii - zastosowanie urządzenia zwanego CPAP (podnosi ciśnienie w drogach oddechowych), albo respiratora - podkreśla dr Bąkowski.

I dodaje: - Kolega, wieloletni doświadczony lekarz pełniący tego dnia dyżur, zdecydował się na samym początku na bierną tlenoterapię, tlen podawany do nosa. Chciał sprawdzić dokładnie, w jakim stanie jest dziecko. Mówiąc najprościej - czy "rwie się do życia". Bo agresywna tlenoterapia może wiązać się z powikłaniami, odmą, wylewami śródczaszkowymi, mechanicznym uszkodzeniem płuc.

Z relacji lekarza dyżurnego wynika, że potem sytuacja zaczęła się klarować. - Dziecko "chciało żyć". Dlatego podłączono je pod CPAP i zawiadomiono Winiary - miejsce, gdzie powinien odbyć się kolejny etap leczenia.

Tylko dlaczego szpital wojewódzki został zawiadomiony dopiero o godz. 9 w poniedziałek?

W Trójcy wyjaśniają: - Stan dziecka poprzez nasze intensywne i natychmiastowe działania ustabilizował się na tyle, żeby bezpiecznie przetransportować noworodka na Winiary. Dziewczynka oddychała samodzielnie, stwierdzono wcześniactwo (waga - 860 g; rozpoczęty 25. tydzień ciąży - wynika z badań USG w momencie przyjęcia pacjentki). Niedotlenienie wynikało z gwałtownego porodu, okręcenia pępowiny wokół szyi dziecka. W tym czasie musieliśmy wykonać obowiązkowe badania, cewnikowanie, z drugiej strony - trzeba było ściągnąć dyżurującego pod telefonem lekarza z ekipy karetki z inkubatorem, tzw. "n-ki", rozgrzać ten inkubator, przygotować go do pracy. Tego typu transporty nigdy nie odbywają się w ciągu 15 minut. Te najszybsze - w ciągu godziny, bywa jednak i tak, że dziecko może całkowicie bezpiecznie czekać np. dwie doby na transport do szpitala z drugim stopniem referencyjnym.

W nieco innym świetle przedstawia procedurę zastępca ordynatora na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii dziecięcej w szpitalu wojewódzkim Marek Cywoniuk: - Jeśli lekarz dyżurny zdecyduje, że stan dziecka wymaga naszej pomocy, najlepiej, aby czas, w którym noworodek zostanie przewieziony do nas, był jak najkrótszy. Ale trudno określić, czy powinno to być 5 czy 10 minut. W każdym razie szpital ma wtedy obowiązek powiadomić nas, wezwać karetkę i przysłać pacjenta.

Natychmiastowe konsekwencje

Do sytuacji na sali porodowej - wzmianki o pochówku, zakładzie pogrzebowym - odnosi się Artur Krawczyk, prezes Płockiego Zakładu Opieki Zdrowotnej (pod jego skrzydłami jest szpital Świętej Trójcy): - Rozmawialiśmy z personelem oddziału położniczego. Nikt nie potwierdza, że użył takich słów, że przedstawił sytuację w takim świetle. Jeśli jednak relacja pacjentki i jej męża potwierdzi się, jeśli możliwe będzie ustalenie, kto zwracał się do nich w ten sposób - obiecuję, że poniesie konsekwencje, i to natychmiast. Byłoby to ze strony kogoś z personelu poważnym nadużyciem, chyba nikt z nas nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, co rodzice dziecka w tej sytuacji przeżywali.

Podziel się

  • 76 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Szpital pytał o pochówek żyjącego dziecka adam02138 21.04.09, 00:08

    Az wlosy staja deba.Polska 'sluzba zdrowia' to zart od salowej po ordynatora. Dopoki nie bedzie mozliwosci szybkich i skutecznych odszkodowan od pojedynczych lekarzy jak i szpitali dopoty »

  • Szpital pytał o pochówek żyjącego dziecka wojek1959 21.04.09, 15:20

    no tak dadzą wiare personelowi a rodzice chorzy wymyslili lub majaczą ,może być biednie ale uczciwie i kur... nie ma tłumaczenia na brak kasy jak komus cos nie pasuje to może iść autostrady»

  • Szpital pytał o pochówek żyjącego dziecka widze-niebo 22.04.09, 09:38

    Nie wierzę w to co przeczytałam!!!A to, co przeżywali rodzice jest po prostu niewyobrażalne.Artykuł czytałam kilka razy, nie potrafię uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się naprawdę!!!»