Płocczanin: Widziałem napad na Grand Hyatt w Berlinie

mo
2010-03-08 , aktualizacja: 08.03.2010 19:47
A A A Drukuj
Najbardziej bałem się o brata. Byliśmy razem na turnieju, a w momencie gdy wybuchła panika, nigdzie go nie widziałem. Kiedy z kolei ktoś zaczął krzyczeć, że to bomba, pomyślałem, że już nigdy nie zobaczę żony i córeczki - o napadzie na Grand Hyatt w Berlinie i odbywający się tam turniej pokerowy opowiada płocczanin Artur Wasek.
W sobotę grupa zamaskowanych mężczyzn uzbrojonych w broń palną (i według relacji części świadków także w maczety) napadła na luksusowy hotel i ukradła część wartej kilka milionów euro turniejowej puli. Berlińska policja nie podała konkretnej sumy, ale w grę wchodzić może nawet 800 tys. euro. Informacja o napadzie zelektryzowała światowe serwisy - turniej był prestiżowy, pula nagród gigantyczna, a wśród tysiąca uczestników gwiazdy pokroju byłego mistrza tenisa Borisa Beckera.

W momencie gdy na pierwsze piętro pięciogwiazdkowego hotelu przy placu Poczdamskim weszła grupa zamaskowanych rabusiów, w jednej z sal, przy półfinałowym stoliku siedział właśnie płocczanin, 35-letni Artur Wasek. Rozgrywał partię swojego życia, miał naprawdę duże szanse, by wejść do finału. Rozgrywka przy tym stoliku była transmitowana na żywo, Artur Wasek rozmawiał właśnie z kobietą prowadzącą relację. Nagle wszystko zagłuszyły krzyki. Moment, w którym wybuchła panika, można teraz obejrzeć na YouTube. Widać, jak Artur przerywa rozmowę, przerywa grę. Podobnie jak jego rywale wstaje od stolika. Idzie w stronę biegających bezładnie ludzi. W tym momencie nagranie się kończy.

Co było dalej - Artur Wasek opowiedział wczoraj „Gazecie”. - Ci ludzie weszli do dużej sali konferencyjnej, dopiero z niej wchodziło się do pomieszczenia, w którym toczyła się nasza rozgrywka - mówił. - Wejście zasłonięte było kotarami, tak więc nawet nie widzieliśmy tych, którzy napadli, broni. Ale i tak w naszej sali wybuchła panika.

Artur podkreśla: - Nie jestem taki, żeby uciekać z byle powodu. Ale coś takiego przeżyłem pierwszy raz w życiu. Krzyk, bezładna bieganina, każdy chciał się schować, ukryć pod stołem, najlepiej tak, żeby w ogóle zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. Ludzie dosłownie kładli się jak domino. A potem zgasło światło. Wszystko działo się tak szybko, trudno mi nawet przypomnieć sobie, co myślałem. W końcu zauważyliśmy, że ktoś pootwierał boczne drzwi, ktoś inny przeprowadził nas bocznymi wyjściami, gdzieś przed kuchnię. Wszyscy wyszli przed hotel.

Płocczanin bał się o brata. Łukasz Wasek też brał udział w tym turnieju, był gdzieś w hotelu. - Ale nigdzie nie mogłem go znaleźć, dopiero potem okazało się, że opiekował się kobietą, która w tym całym zamieszaniu upadła. Najgorszy moment? Ktoś krzyknął, że w hotelu jest bomba. Wtedy pomyślałem, że nigdy już nie zobaczę żony ani córeczki.

W czasie napadu rannych zostało kilka osób. Według policji napastnicy nie oddali żadnego strzału. Świadkowie relacjonowali, że na podłodze pomiędzy stolikami leżało potłuczone szkło i poprzewracane krzesła.

Wczoraj Artur Wasek wracał właśnie z Berlina, jak mówił - bardzo zmęczony. Ale szczęśliwy. Bo nic nie stało się jemu ani bratu. Także dlatego, że w sobotę po kilku godzinach od napadu wznowiono przerwaną partię. A on wszedł do wymarzonego finału. I w niedzielę, podczas ostatecznej rozgrywki, zajął czwarte miejsce.

Podziel się

  • 19 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów