Tragedia pod Sierpcem, dwoje dzieci utonęło

Adam Małachowski, Milena Orłowska
2010-03-16 , aktualizacja: 16.03.2010 19:02
A A A Drukuj
Emilia i Maciuś, sześciolatka i jej ośmioletni brat z Borkowa Kościelnego pod Sierpcem, weszli na teren, gdzie rozlała rzeka Sierpienica. Myślały, że stoją na gruncie. Ale to był lód, a pod nim woda głęboka na dwa metry.
Dzieci w szkole w Borkowie czytają zawiadomienie o śmierci swoich kolegów
Fot. Dominik Dziecinny / Agencja
Dzieci w szkole w Borkowie czytają zawiadomienie o śmierci swoich kolegów
Strażacy dostali zgłoszenie z Borkowa Kościelnego w poniedziałek, ok. godz. 17. Chodziło o zaginione dzieci. - Znaleźliśmy w okolicach Sierpienicy świeże ślady małych stóp - mówi rzecznik komendy straży w Sierpcu Marcin Strześniewski. - Wjechaliśmy na zamarzniętą rzekę saniami lodowymi, bosakami rozbiliśmy naturalnie utworzone przeręble. Najpierw znaleźliśmy chłopca, potem dziewczynkę.

Rodzeństwo mieszkało w okolicy rzeki. Strażacy przypuszczają, że dzieci nie zdawały sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Były przekonane, że stoją na gruncie. Tymczasem bawiły się na kruchym lodzie, woda pod nim była głęboka na dwa metry.

Mieszkańcy Borkowa Kościelnego są wstrząśnięci. - Co tu dużo mówić. Po prostu tragedia. Takie małe dzieci - komentowali.

- O 16.30 przyszedł do mnie prezes Ochotniczej Straży Pożarnej i powiedział: "Zbieraj się, jedziemy. Dwójka małych dzieci zginęła - relacjonuje Tadeusz Czapliński, strażak z OSP w Borkowie. - Najpierw pomyślałem sobie, że pewnie gdzieś w lesie zabłądziły. Na miejscu byli już ratownicy z Sierpca i policja. Odcinali grubą warstwę lodu. Dołączyliśmy i my. Złapałem za bosak i rzucałem. W końcu za trzecim razem zwłoki małej dziewczynki wypłynęły przy brzegu. Wyciągnąłem ją. Co za nieszczęście... Jak one tam weszły? Po co?

Rodzice dzieci, młode małżeństwo, do Borkowa Kościelnego sprowadzili się jakieś cztery, pięć lat temu. - Często widywałem matkę jak odprowadzała dzieci tu, do szkoły - dodaje nasz rozmówca. - Ojciec dorabiał dorywczo, na budowie albo u brukarza, a matka była w domu.

- Po godz. 14 widziałem Agnieszkę z dziećmi, wracali z miasta - relacjonuje z kolei sąsiad, pan Łukasz. - Po 15.30 przyszedł do nas ojciec dzieci, szukał ich. Potem przyjechała policja z psami tropiącymi, straż pożarna. Agnieszka, mama maluchów, wyniosła kurtkę, sweter, żeby psy mogły podjąć trop. Doprowadziły policjantów na brzeg rzeki, ale potem trop traciły i wracały. Dopiero kiedy rodzice dzieci spuścili swojego psa, ten wybiegł z podwórka i wskoczył prosto do wody. Tak jakby je tam cały czas widział.

Pan Łukasz dodaje: - Ojciec na kolanach płakał, matka nie wyszła z domu. Mieszkam tu już 26 lat i nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Nie wiem, dlaczego te dzieciaczki weszły na tak kruchy lód. Przecież były posłuszne, a matka dbała o ich bezpieczeństwo. Pamiętam, jak zawsze pilnowała, żeby szły poboczem ulicy, jedno za drugim. Nigdy nie wychodziły poza ogrodzenie swojego podwórka. Często widywałem, jak dziewczynka sobie śpiewała piosenki, bawiła się lalkami.

Przed szkołą w Borkowie na znak żałoby flaga została opuszczona do połowy masztu. Dzieci są wstrząśnięte, nauczyciele podkreślają, że na wesołych zazwyczaj zajęciach panuje cisza.

- W piątek mieliśmy świętować dzień wiosny, ale imprezę odwołaliśmy - zapowiada dyrektor Szkoły Podstawowej w Borkowie Kościelnym Barbara Gostomska. Po czym dodaje: - Dzieci pochodziły z biednej rodziny, do szkoły zawsze odprowadzała je matka, bo ojciec całymi dniami pracował. Ładne, drobne dzieci, bardzo spokojne, cichutkie, grzeczne, nie sprawiały kłopotów. Aż trudno uwierzyć, że same poszły nad rzekę. Od podwórka mieli zejście nad wodę, ale na furtce wisiał łańcuch z kłódką. Rodziną się interesowaliśmy, odwiedzaliśmy ją w domu. Później nam zakazali. Powiedzieli, że nie wolno.

Wychowawczyni 6-letniej Emilki i 8-letniego Maciusia dodaje: - Dzieci były zamknięte w sobie, zawsze blisko siebie, nie utrzymywały bliższych kontaktów z rówieśnikami. Starszy Maciuś miał problemy z nauką, nie zdał do pierwszej klasy i chodził razem z siostrą do zerówki. Ale często opuszczali zajęcia. W dniu, kiedy doszło do tej tragedii, też ich nie było. Zastanawiamy się dlaczego. Może spali i matka nie chciała ich zrywać z łóżka?

- Nic nie wskazujena to, że rodzina była patologiczna - podkreśla rzecznik Prokuratury Okręgowej w Płocku Iwona Śmigielska-Kowalska. - Ojciec był w momencie tej tragedii w pracy, matka w domu. Nie była pod wpływem alkoholu. Wszczęliśmy wstępnie śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci, ale jakie będą dalsze losy tego postępowania - o tym jeszcze za wcześnie mówić.

Rodzicie Maciusia i Emilki byli wczoraj przesłuchani w charakterze świadków, przeprowadzono także sekcję zwłok dzieci, tak by z całą pewnością określić, co było przyczyną ich śmierci. Prokuratura chce teraz dokładnie zbadać sytuację rodzinną w ich domu. Trójka rodzeństwa zmarłych dzieci przebywa w rodzinach zastępczych, prowadzący postępowanie będą teraz ustalać jakie jest podłoże tej sytuacji.

Z komunikatu policji wynika, że jeszcze kilka minut przed zaginięciem dzieci bawiły się w ogródku przy swoim domu. Potem wykorzystały chwilową nieuwagę rodziców. I wyszły za ogrodzenie.

Mieszkańcy Borkowa zgodnie podkreślają, że ta tragedia jeszcze długo pozostanie w ich pamięci. Inni dodają: - Nad Borkowem Kościelnym wisi jakieś straszne fatum. Kilkadziesiąt lat temu w tej rzece utonęła trójka rodzeństwa, u innych sąsiadów jedno dziecko.

Podziel się

  • 5 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

  • Tragedia pod Sierpcem, dwoje dzieci utonęło mario11222 16.03.10, 21:06

    dramat, po prostu dramat. może warto, żeby na przyszłość odpowiednie służby poprzez szkoły uczulały rodziców dzieci, że wylały okoliczne rzeki i maluchom może grozić niebezpieczeństwo.»