Czy określenie "Alma Mater" (łac. matka karmicielka) używane od wieków w kontekście uczelni wyższych nadal ma sens? Czy szkoła wciąż karmi studenta wiedzą, czy to raczej student karmi ją... pieniędzmi? Rozpoczynamy "Gazetowy" cykl poświęcony studiom, zachęcając do dyskusji wszystkich: studentów, wykładowców, władze szkół wyższych. Dziś rozmawiamy z Tomaszem Zbrzeznym, filozofem, od ponad 30 lat prowadzącym zajęcia ze studentami na płockiej politechnice.
Aleksandra Dybiec: Już 31 lat pracuje pan z płockimi studentami...
Tomasz Zbrzezny: Tak, uciułało się tych lat trochę. Mówi pani: „z płockimi studentami", ale to „płockimi" nie ma większego znaczenia. Mam rozeznanie, jeśli chodzi o sytuację na uczelniach wyższych w całym kraju.
No właśnie, jak to z nimi jest.
- Żeby o nich mówić, wypadałoby zacząć od początku, czyli od pierwszych etapów kształcenia. A niestety, cały długoletni proces edukacyjny wygląda w naszym kraju tragicznie.
A konkretnie?
- Polska szkoła jest chora. Umiera. Dosłownie się rozpada. Wiem, co mówię, bo kolekcjonuję przedwojenne szkolne podręczniki. Mam ich 850. I wszystkie przeczytałem.
I czym się różnią od obecnych?
- Była ciągłość myśli pedagogicznej, dydaktycznej. Jeśli podręcznik miał nowego autora, to recenzentem albo drugim autorem był ktoś, kto uczestniczył we wcześniejszym wydaniu.
A teraz tej ciągłości nie ma? Przecież podręczniki dla danego etapu kształcenia są wydawane w całych seriach. Mają zazwyczaj tych samych autorów, ten sam nadtytuł...
- Nie chodzi tylko o podręczniki. Mówiąc o ciągłości, mam na myśli cały system edukacyjny. A konkretnie, reformę ministra Handkego, która - nie wiem, czy odważy się to pani napisać - była zbrodnią na polskiej oświacie. Handke rozbił system edukacyjny na cztery trzyletnie odcineczki: klasy 1-3 jako nauczanie zintegrowane, 4-6, gimnazjum i liceum, a przy takim zbudowaniu szkoły nie ma mowy o odpowiedzialności za wychowanie młodego człowieka. W dodatku każdy z tych odcineczków kończy się egzaminem na punkty. Jeśli tak wygląda sprawdzanie wiedzy, to konkluzja jest prosta: cała metodyka nauczania jest podporządkowana temu testowi końcowemu.
Czyli, mówiąc prosto - uważa pan, że skoro nauczyciele uczą pod testy, to uczniowie są teraz głupsi niż kiedyś?
- Mówiąc prosto - zdecydowanie tak.
W swojej ponadtrzydziestoletniej pracy musiał pan zatem dostrzec również zmiany w jakości studentów.
- Oni mają ogromne braki w wiedzy we wszystkich możliwych dziedzinach. Ale gdyby wadliwość procesu edukacyjnego polegała tylko na brakach w nauce, to jeszcze nie byłoby problemu. Uczelnie bronią się przed tym różnymi zajęciami wyrównawczymi. Ale tu chodzi o coś bardziej dramatycznego.
O co?
- O braki charakterologiczne. Pierwszym jest minimalizm. No bo jeśli na egzaminie maturalnym wymagany jest zaledwie 30-procentowy próg, to jak przekonać taką osobę, że w 13. klasie - tak nazywam pierwszy rok studiów - taki wynik to za mało. Nauczyciele akademiccy toczą bój, by przestawić myślenie tego człowieka.
Można dorosłego człowieka przestawić? Panu się udaje?
- Próbuję. Moi studenci podchodzą do zaliczenia nieskończoną ilość razy. Jeśli umieją za mało, muszą przyjść ponownie.
Źródło: Gazeta Wyborcza Płock