Z Płockiego Strychu. Nie zapomnę tej krwi i widoku jak z rzeźni
10.02.2012
, aktualizacja: 10.02.2012 09:18
Pamiętam Niemców na ulicach, tajne komplety, egzekucje Polaków, krew na murach aresztu i gestapowca w drzwiach naszego mieszkania - opowiada 77-letnia Halina Głębocka. Jak wyglądał okupowany Płock w oczach małego dziecka?
- Urodziłam się w 1935 roku - zaczyna opowieść Halina Głębocka z domu Milewska. - Obok budynku na rogu ul. Tumskiej i Kolegialnej, gdzie mieści się bank, stał mały, gliniany domek. Przez pierwsze lata mieszkałam właśnie tam. A za rogiem, za Tumską zaczynała się dzielnica żydowska.
W wspomnieniach rodowitej płocczanki obraz Szerokiej (dzisiejsza Kwiatka) zachował się jako pięknej, wysadzanej jarzębinami ulicy. Lubiła się tam bawić.
Kiedy do Płocka wkroczyli Niemcy - zagrodzili żydowską dzielnicę drutami kolczastymi. Wejście zostawili z Tumskiej na Kwiatka oraz z rejonu budowanego obecnie Złotego Rogu. Przy tych ogrodzeniu chodzili uzbrojeni żołnierze. Po utworzeniu getta Niemcy zaczęli przesiedlać Polaków do pożydowskich kamienic, sami zaś zajmowali najwygodniejsze mieszkania. Skończyli przesiedlenia już po wywiezieniu Żydów do obozów zagłady. Rodzina Milewskich przeprowadziła się w czasie okupacji do kamienicy przy Sienkiewicza 49.
- Pamiętam ulicę z tamtego czasu. Z jednej strony, na rogu z ul. 1 Maja, siedzibę miało gestapo. Po drugiej stronie przy Sienkiewicza 26 [dawne "igiełki" - red.] okupantów przyjmowali m.in. krawcy. Na drugim końcu ulicy, przy skrzyżowaniu z Bielską, mieszkała cała śmietanka niemieckiego towarzystwa. Do naszej kamienicy też się wprowadzili - wspomina.
Dzieci z Sienkiewicza miały sposoby na okupanta. - W naszej bramie były dwie pary drzwi. Jedne prowadziły na piętro, drugie do piwnicy. Na końcu tej ostatniej wybiliśmy w ścianie dziurę, wiedzieliśmy, że po drugiej stronie jest piwnica sąsiedniej kamienicy. Niemcy przychodzili na przykład zabierać młodzież na kłosy, czyli na żniwa. Z daleka było słychać, że zabierają. Wtedy biegliśmy do piwnicy i tym wyłomem przechodziliśmy na drugą stronę kamienicy i dalej uciekaliśmy w kierunku Kwiatka. Było tam tak ciemno, że nikt nie podejrzewał nas o taką kryjówkę. A my znaliśmy te pomieszczenia na pamięć - opowiada pani Halina.
Jednak nie zawsze udało się uniknąć konsekwencji okupacji. Pani Halina wspomina, jak jej mama - Stefania Milewska - drogo zapłaciła za słowa drugiej córki: - Z czasem do naszego mieszkania dokwaterowano drugą rodzinę. Do jednej z dziewcząt przychodzili niemieccy żołnierze. Kiedyś niosła ona wiadro z brudną wodą do wylania. Może przypadkowo, może nie, ale wylała tę wodę na moją siostrę. A Zosia miała cięty język i coś jej odburknęła. Następnego dnia w progu stanął gestapowiec. Szukał mamy. Znalazł ją przed kamienicą, gdy wracała z mlekiem. Wskazał ją nasz współlokator - opowiada Głębocka.
Stefanię Milewską Niemcy zabrali do tzw. "magla". Znajdował się w piwnicy ratusza, wejście do niego prowadziło od ul. Zduńskiej. W tym miejscu przykładnie karano i "prostowano" niewygodnych Polaków.
- Pobiegłam wtedy do wujka, który mieszkał naprzeciwko kina na Tumskiej. Wziął wóz i pojechał odebrać mamę. Potem opowiadali w rodzinie, że żołnierz przycisnął ją krzesłem, by nie mogła się ruszać i bił ją po plecach i pośladkach. Do domu wracała klęcząc na wozie. Ona wtedy karmiła piersią najmłodszego brata. Pamiętam, że stała z małym Andrzejkiem w kuchni, odwrócona twarzą do okna. Żeby tamta rodzina nie widziała, że płacze - w oczach Głębockiej też łzy się pojawiają.
Niedługo potem panna Milewska zaczęła uczęszczać na tajne komplety. Zajęcia prowadziły wtedy Alicja Rebinder i pani Dąbrowska, której imienia już nie pamięta. - Było nas 180 osób. Chodziliśmy w grupach na różne godziny. Mieliśmy cztery stoliki, przy każdym jedna klasa. Książki nosiło się w kance na mleko. Ja chowałam je w kapturze mojego czerwonego płaszcza. Komplety odbywały się w kamienicy na Starym Rynku. Nie pamiętam numeru. Był to środkowy budynek w ścianie naprzeciwko ratusza. Dwie osoby stały na czujce. Wypuszczali nas pojedynczo, trzema wyjściami - od Starego Rynku, Małachowianki i od Grodzkiej. Czasami było tak, że Niemcy coś podejrzewali. Na jakiś czas trzeba było zaprzestać spotkań, zmienić miejsce.
Niektóre momenty z czasu okupacji głęboko zapadły w pamięci płocczanki. Doskonale zapamiętała 18 września 1942 roku. Słoneczny piątkowy poranek położył się cieniem na wspomnieniach wielu płocczan. Tego dnia w centrum miasta, na placu przy ul. Niecałej, powieszono 13 Polaków - żołnierzy AK. Po wojnie, na ich cześć, plac otrzymał imię 13 straconych.
- Tego dnia od rana Niemcy gonili ludzi do dzielnicy żydowskiej na plac przy synagodze (Żydów już wówczas nie było). Był wysypany czerwonym żwirem. Andrzej i Zosia stali z mamą, ja się wspinałam na mur koło synagogi. Zobaczyłam ustawione z przodu szubienice i stołeczki. Niemcy przywieźli wozem ludzi. Potem ustawili ich na tych stołkach. Cisza była jak makiem zasiał. Wśród tych przywiezionych był ksiądz - gdy kobieta wspomina tę historię, jej głos zaczyna się załamywać. - W tej głuchej ciszy krzyknął on nagle "Niech żyje Polska!". W ślad za nim poszła reszta skazańców. Wtedy Niemcy wytrącili im stołki spod nóg. Nikt z nas się nie odezwał. Znowu pokładli ich na wozy, które pojechały w kierunku Szerokiej i Kolegialnej. Milczący tłum szedł za nimi. Ale na wysokości Tumskiej okupanci zagrodzili drogę i nie pozwolili nikomu iść dalej.
Tego dnia podobne egzekucje odbyły się w Bodzanowie (13 straconych) i Rościszewie (14 straconych). A duchownym był ks. Michał Serafin, proboszcz z parafii w Wyszogrodzie. Podczas mszy św. podtrzymywał Polaków na duchu, nie bał się śpiewać pieśni patriotycznych. Niemcy aresztowali go, a kościół zniszczyli. Ciała 13 powieszonych Niemcy zakopali pod parkanem kirkutu. W maju 1945 roku zostali ekshumowani, 12 leży na cmentarzu przy al. Kobylińskiego, ks. Michał Serafin został pochowany w Wyszogrodzie.
W końcu ruszyła ofensywa styczniowa armii czerwonej i 19 stycznia 1945 roku Niemcy zaczęli uciekać. - Pamiętam konie i wozy jadące ul. Sienkiewicza i Kolegialną w kierunku parowy - przypomina sobie pani Halina.
Ale Niemcy po dwóch dniach jeszcze wracają. Halina Głębocka doskonale zapamiętała ten styczniowy dzień, choć miała wtedy zaledwie 10 lat. Wyszła wtedy z mamą i rodzeństwem na spacer.
- Wracaliśmy już do domu. Skręcaliśmy z 1 Maja w Sienkiewicza - opowiada. - A tam Niemcy pędzili Polaków od strony Tumskiej. Wbiegali w bramę kamienicy obok dawnych "igiełek". Nie było wyjścia. Mama chwyciła nas i wpadliśmy do najbliższego narożnego budynku. Weszliśmy do piwnicy. Były to podziemia siedziby gestapo. Już nie pamiętam, czy Niemcy jeszcze tam byli, czy już uciekli. Zaszyliśmy i po cichu rozmawialiśmy po polsku. Nagle ktoś z tej piwnicy zaczął nawoływać "ratunku", "pomocy". Nie odzywaliśmy się więcej. Z ulicy było słychać krzyk, płacz, błagania i strzały. Przerażające strzały. Wyszliśmy dopiero w nocy. Po omacku, przy ścianie szliśmy wzdłuż Sienkiewicza. Widzieliśmy płomienie w podwórzu, gdzie wprowadzono Polaków.
W kamienicy przy Sienkiewicza Niemcy rozstrzelali i spalili 79 mężczyzn.
Halina Głębocka pamięta, że jej mama powiedziała sąsiadom Bregierowi i Mochrzanowskiemu o uwięzionych w piwnicach ludziach. Mimo niebezpieczeństwa dziewczynka wyglądała na ulicę i patrzyła, jak ta trójka idzie w kierunku gestapowskiego budynku. A potem, ludzie uciekają z tych piwnic we wszystkich kierunkach.
Płocczanie chodzili oglądać opuszczone pomieszczenia po gestapo.
- Też widziałam tę gestapowską piwnicę, w której się ukryliśmy z mamą. Wszyscy tam chodzili. Widziałam zachlapane krwią ściany i podłogę, która nabrała czerwonego koloru. Wyglądało to jak rzeźnia, nie zapomina się takiego widoku - opisuje po latach kobieta.
W wspomnieniach rodowitej płocczanki obraz Szerokiej (dzisiejsza Kwiatka) zachował się jako pięknej, wysadzanej jarzębinami ulicy. Lubiła się tam bawić.
Kiedy do Płocka wkroczyli Niemcy - zagrodzili żydowską dzielnicę drutami kolczastymi. Wejście zostawili z Tumskiej na Kwiatka oraz z rejonu budowanego obecnie Złotego Rogu. Przy tych ogrodzeniu chodzili uzbrojeni żołnierze. Po utworzeniu getta Niemcy zaczęli przesiedlać Polaków do pożydowskich kamienic, sami zaś zajmowali najwygodniejsze mieszkania. Skończyli przesiedlenia już po wywiezieniu Żydów do obozów zagłady. Rodzina Milewskich przeprowadziła się w czasie okupacji do kamienicy przy Sienkiewicza 49.
- Pamiętam ulicę z tamtego czasu. Z jednej strony, na rogu z ul. 1 Maja, siedzibę miało gestapo. Po drugiej stronie przy Sienkiewicza 26 [dawne "igiełki" - red.] okupantów przyjmowali m.in. krawcy. Na drugim końcu ulicy, przy skrzyżowaniu z Bielską, mieszkała cała śmietanka niemieckiego towarzystwa. Do naszej kamienicy też się wprowadzili - wspomina.
Dzieci z Sienkiewicza miały sposoby na okupanta. - W naszej bramie były dwie pary drzwi. Jedne prowadziły na piętro, drugie do piwnicy. Na końcu tej ostatniej wybiliśmy w ścianie dziurę, wiedzieliśmy, że po drugiej stronie jest piwnica sąsiedniej kamienicy. Niemcy przychodzili na przykład zabierać młodzież na kłosy, czyli na żniwa. Z daleka było słychać, że zabierają. Wtedy biegliśmy do piwnicy i tym wyłomem przechodziliśmy na drugą stronę kamienicy i dalej uciekaliśmy w kierunku Kwiatka. Było tam tak ciemno, że nikt nie podejrzewał nas o taką kryjówkę. A my znaliśmy te pomieszczenia na pamięć - opowiada pani Halina.
Jednak nie zawsze udało się uniknąć konsekwencji okupacji. Pani Halina wspomina, jak jej mama - Stefania Milewska - drogo zapłaciła za słowa drugiej córki: - Z czasem do naszego mieszkania dokwaterowano drugą rodzinę. Do jednej z dziewcząt przychodzili niemieccy żołnierze. Kiedyś niosła ona wiadro z brudną wodą do wylania. Może przypadkowo, może nie, ale wylała tę wodę na moją siostrę. A Zosia miała cięty język i coś jej odburknęła. Następnego dnia w progu stanął gestapowiec. Szukał mamy. Znalazł ją przed kamienicą, gdy wracała z mlekiem. Wskazał ją nasz współlokator - opowiada Głębocka.
Stefanię Milewską Niemcy zabrali do tzw. "magla". Znajdował się w piwnicy ratusza, wejście do niego prowadziło od ul. Zduńskiej. W tym miejscu przykładnie karano i "prostowano" niewygodnych Polaków.
- Pobiegłam wtedy do wujka, który mieszkał naprzeciwko kina na Tumskiej. Wziął wóz i pojechał odebrać mamę. Potem opowiadali w rodzinie, że żołnierz przycisnął ją krzesłem, by nie mogła się ruszać i bił ją po plecach i pośladkach. Do domu wracała klęcząc na wozie. Ona wtedy karmiła piersią najmłodszego brata. Pamiętam, że stała z małym Andrzejkiem w kuchni, odwrócona twarzą do okna. Żeby tamta rodzina nie widziała, że płacze - w oczach Głębockiej też łzy się pojawiają.
Niedługo potem panna Milewska zaczęła uczęszczać na tajne komplety. Zajęcia prowadziły wtedy Alicja Rebinder i pani Dąbrowska, której imienia już nie pamięta. - Było nas 180 osób. Chodziliśmy w grupach na różne godziny. Mieliśmy cztery stoliki, przy każdym jedna klasa. Książki nosiło się w kance na mleko. Ja chowałam je w kapturze mojego czerwonego płaszcza. Komplety odbywały się w kamienicy na Starym Rynku. Nie pamiętam numeru. Był to środkowy budynek w ścianie naprzeciwko ratusza. Dwie osoby stały na czujce. Wypuszczali nas pojedynczo, trzema wyjściami - od Starego Rynku, Małachowianki i od Grodzkiej. Czasami było tak, że Niemcy coś podejrzewali. Na jakiś czas trzeba było zaprzestać spotkań, zmienić miejsce.
Niektóre momenty z czasu okupacji głęboko zapadły w pamięci płocczanki. Doskonale zapamiętała 18 września 1942 roku. Słoneczny piątkowy poranek położył się cieniem na wspomnieniach wielu płocczan. Tego dnia w centrum miasta, na placu przy ul. Niecałej, powieszono 13 Polaków - żołnierzy AK. Po wojnie, na ich cześć, plac otrzymał imię 13 straconych.
- Tego dnia od rana Niemcy gonili ludzi do dzielnicy żydowskiej na plac przy synagodze (Żydów już wówczas nie było). Był wysypany czerwonym żwirem. Andrzej i Zosia stali z mamą, ja się wspinałam na mur koło synagogi. Zobaczyłam ustawione z przodu szubienice i stołeczki. Niemcy przywieźli wozem ludzi. Potem ustawili ich na tych stołkach. Cisza była jak makiem zasiał. Wśród tych przywiezionych był ksiądz - gdy kobieta wspomina tę historię, jej głos zaczyna się załamywać. - W tej głuchej ciszy krzyknął on nagle "Niech żyje Polska!". W ślad za nim poszła reszta skazańców. Wtedy Niemcy wytrącili im stołki spod nóg. Nikt z nas się nie odezwał. Znowu pokładli ich na wozy, które pojechały w kierunku Szerokiej i Kolegialnej. Milczący tłum szedł za nimi. Ale na wysokości Tumskiej okupanci zagrodzili drogę i nie pozwolili nikomu iść dalej.
Tego dnia podobne egzekucje odbyły się w Bodzanowie (13 straconych) i Rościszewie (14 straconych). A duchownym był ks. Michał Serafin, proboszcz z parafii w Wyszogrodzie. Podczas mszy św. podtrzymywał Polaków na duchu, nie bał się śpiewać pieśni patriotycznych. Niemcy aresztowali go, a kościół zniszczyli. Ciała 13 powieszonych Niemcy zakopali pod parkanem kirkutu. W maju 1945 roku zostali ekshumowani, 12 leży na cmentarzu przy al. Kobylińskiego, ks. Michał Serafin został pochowany w Wyszogrodzie.
W końcu ruszyła ofensywa styczniowa armii czerwonej i 19 stycznia 1945 roku Niemcy zaczęli uciekać. - Pamiętam konie i wozy jadące ul. Sienkiewicza i Kolegialną w kierunku parowy - przypomina sobie pani Halina.
Ale Niemcy po dwóch dniach jeszcze wracają. Halina Głębocka doskonale zapamiętała ten styczniowy dzień, choć miała wtedy zaledwie 10 lat. Wyszła wtedy z mamą i rodzeństwem na spacer.
- Wracaliśmy już do domu. Skręcaliśmy z 1 Maja w Sienkiewicza - opowiada. - A tam Niemcy pędzili Polaków od strony Tumskiej. Wbiegali w bramę kamienicy obok dawnych "igiełek". Nie było wyjścia. Mama chwyciła nas i wpadliśmy do najbliższego narożnego budynku. Weszliśmy do piwnicy. Były to podziemia siedziby gestapo. Już nie pamiętam, czy Niemcy jeszcze tam byli, czy już uciekli. Zaszyliśmy i po cichu rozmawialiśmy po polsku. Nagle ktoś z tej piwnicy zaczął nawoływać "ratunku", "pomocy". Nie odzywaliśmy się więcej. Z ulicy było słychać krzyk, płacz, błagania i strzały. Przerażające strzały. Wyszliśmy dopiero w nocy. Po omacku, przy ścianie szliśmy wzdłuż Sienkiewicza. Widzieliśmy płomienie w podwórzu, gdzie wprowadzono Polaków.
W kamienicy przy Sienkiewicza Niemcy rozstrzelali i spalili 79 mężczyzn.
Halina Głębocka pamięta, że jej mama powiedziała sąsiadom Bregierowi i Mochrzanowskiemu o uwięzionych w piwnicach ludziach. Mimo niebezpieczeństwa dziewczynka wyglądała na ulicę i patrzyła, jak ta trójka idzie w kierunku gestapowskiego budynku. A potem, ludzie uciekają z tych piwnic we wszystkich kierunkach.
Płocczanie chodzili oglądać opuszczone pomieszczenia po gestapo.
- Też widziałam tę gestapowską piwnicę, w której się ukryliśmy z mamą. Wszyscy tam chodzili. Widziałam zachlapane krwią ściany i podłogę, która nabrała czerwonego koloru. Wyglądało to jak rzeźnia, nie zapomina się takiego widoku - opisuje po latach kobieta.
- 56 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
35 głosów
-
i komu to piszecie?
bergman1
10.02.12, 11:24
wojna była w tamtym wieku! teraz trzeba życ w zgodzie i przyjaźni.»
-
A wszystko z powodu Kościoła Katolickiego
swietypentagram
13.02.12, 00:00
Polska byłaby silna jakby przeszła na Prostestantyzm - ale Katolicy wyrżnęli Protestantów w Polsce i o tym nawet dzieci Polskie nie dowiedzą ze szkoły. Od lat 1500 nych Polski duch podupadał»
-
debile którzy piszą w tym temacie o żydach
jurakuz
13.02.12, 09:00
zasługują na to aby Niemcy wrócili i ich potraktowali w swoim stylu. Tak, żydzi cierpieli , ale temat jest o cierpieniu Polaków rozumiecie palanty? nie piszcie debile jakiś swoich wydumanych»
Najczęściej czytane24 htydzień





