Pokazy ratownictwa lodowego na Jeziorze Górskim w Grabinie[FOTO I WIDEO]
11.02.2012
, aktualizacja: 12.02.2012 11:07
W mroźną sobotę ratownicy z WOPR zaprezentowali i przećwiczyli ratowanie ludzi, pod którymi zarwał się lód i wpadli do wody.
Dwudniowa konferencja "Bezpieczeństwo na obszarach wodnych" zaczęła się w piątek w Płocku od części teoretycznej.
Prof. Marek Grześ z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu mówił o zlodzeniu rzek i zatorach wodnych, a Krzysztof Dąbrowski - dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego - o programie Bezpieczeństwa Powodziowego Dorzecza Wisły Środkowej, zaś jego zastępca Paweł Błasiak - o bezpieczeństwie ludzi na obszarach wodnych.
W piątek po południu uczestnicy konferencji przenieśli się do gościnnego centrum "Dębowa Góra" nad Jeziorem Górskim na teoretyczne szkolenie z ratownictwa. W sobotę przed południem przećwiczyli ratowanie ludzi w praktyce.
Z wyjaśnień Pawła Błasiaka wynika, że wybór miejsca nie był przypadkowy. Gdyby rzeczywiście doszło do wypadku, w którym pod przechodzącym przez Jezioro Górskie człowiekiem zarywa się lód, udzielenie mu pomocy byłoby skomplikowane. Dojechanie samochodem bezpośrednio do jeziora jest trudne. Żeby wydostać z wody człowieka można użyć lodzi, ale do jego transportu trzeba już użyć śmigłowca lub poduszkowca.
W dodatku musi być to śmigłowiec, który dysponuje wyciągarką, bo żaden pilot nie odważy się lądować na lodzie. A przeszkody mnoży fakt, że maszyny używane np. przez Lotnicze Pogotowie Ratunkowe takimi wyciągarkami nie dysponują. W takiej sytuacji można wezwać śmigłowiec policyjny lub np. Straży Granicznej.
Scenariusz ćwiczeń był następujący: w do wykutego w lodzie przerębla "wpadł" jeden z ratowników. Temperatura wody przy takim mrozie jak panował w sobotę wynosi od zera do czterech stopni Celsjusza (przeciętny człowiek wytrzyma w takich warunkach najwyżej cztery minuty. Wyszkoleni ratownicy w normalnym ubraniu, czy morsy potrafią pływać w tak zimnej wodzie do 12 minut). Z brzegu ruszyła mu na pomoc ekipa ratowników, ciągnąc po lodzie łódkę. Dotarli do przerębla, wydobyli tonącego i przenieśli go do łodzi. Następnie wezwali na pomoc helikopter (w tym przypadku była to maszyna Straży Granicznej) i podtrzymywali ratowanego przy życiu otulając go np. specjalnym kocem. Potem nadleciał helikopter, którego pilot najpierw okrążył miejsce wypadku i ocenił sytuację. Potem podszedł niżej i opuścił na linie pierwszego, potem drugiego i kolejnego ratownika. Ci zaś przygotowali poszkodowanego do transportu. Po chwili jeden z nich wraz z ratowanym mężczyzną i helikopterem uniósł się w gorę i odleciał.
Po ćwiczeniach z helikopterem ten sam scenariusz WOPR-owcy powtórzyli z użyciem poduszkowca, potem specjalnej łodzi itd. - Podobne ćwiczenia organizujemy też latem, także w górach, gdzie również brakuje miejsca do lądowania helikoptera - dodał Paweł Błasiak.
Wrażenie - zwłaszcza na personelu Hotelu Dębowa Góra - zrobił jeden z ratowników, Daniel Żołek. W normalnym ubraniu i na łyżwach wjechał do przerębla. Następnie wydostał się z niego, wyciągnął z plecaka suche ubranie i przebrał się przy siarczystym mrozie.
W rozmowie z Gazetą przyznał się, że nauczył się tego w Szwecji, gdzie postępowania jak radzić sobie w takich sytuacjach uczy się już młodzież. Dzięki temu nie trzeba angażować ratowników i ponosić kosztów akcji ratunkowych. Chodząc po lodzie Szwedzi zakładają m.in. odpowiednie buty i zabierają ze sobą plecak z suchą odzieżą, która zawsze jest ułożona w taki sposób, by odpowiedniej kolejności ją zakładać. Wiedzą, że nie krzyczy się w wodzie, bo to osłabia organizm i wiedzą jak wydostać się z wody na lód.
Konferencję zorganizował Mazowiecki Urząd Wojewódzki, prezydent Płocka oraz WOPR.
Prof. Marek Grześ z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu mówił o zlodzeniu rzek i zatorach wodnych, a Krzysztof Dąbrowski - dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego - o programie Bezpieczeństwa Powodziowego Dorzecza Wisły Środkowej, zaś jego zastępca Paweł Błasiak - o bezpieczeństwie ludzi na obszarach wodnych.
W piątek po południu uczestnicy konferencji przenieśli się do gościnnego centrum "Dębowa Góra" nad Jeziorem Górskim na teoretyczne szkolenie z ratownictwa. W sobotę przed południem przećwiczyli ratowanie ludzi w praktyce.
Z wyjaśnień Pawła Błasiaka wynika, że wybór miejsca nie był przypadkowy. Gdyby rzeczywiście doszło do wypadku, w którym pod przechodzącym przez Jezioro Górskie człowiekiem zarywa się lód, udzielenie mu pomocy byłoby skomplikowane. Dojechanie samochodem bezpośrednio do jeziora jest trudne. Żeby wydostać z wody człowieka można użyć lodzi, ale do jego transportu trzeba już użyć śmigłowca lub poduszkowca.
W dodatku musi być to śmigłowiec, który dysponuje wyciągarką, bo żaden pilot nie odważy się lądować na lodzie. A przeszkody mnoży fakt, że maszyny używane np. przez Lotnicze Pogotowie Ratunkowe takimi wyciągarkami nie dysponują. W takiej sytuacji można wezwać śmigłowiec policyjny lub np. Straży Granicznej.
Scenariusz ćwiczeń był następujący: w do wykutego w lodzie przerębla "wpadł" jeden z ratowników. Temperatura wody przy takim mrozie jak panował w sobotę wynosi od zera do czterech stopni Celsjusza (przeciętny człowiek wytrzyma w takich warunkach najwyżej cztery minuty. Wyszkoleni ratownicy w normalnym ubraniu, czy morsy potrafią pływać w tak zimnej wodzie do 12 minut). Z brzegu ruszyła mu na pomoc ekipa ratowników, ciągnąc po lodzie łódkę. Dotarli do przerębla, wydobyli tonącego i przenieśli go do łodzi. Następnie wezwali na pomoc helikopter (w tym przypadku była to maszyna Straży Granicznej) i podtrzymywali ratowanego przy życiu otulając go np. specjalnym kocem. Potem nadleciał helikopter, którego pilot najpierw okrążył miejsce wypadku i ocenił sytuację. Potem podszedł niżej i opuścił na linie pierwszego, potem drugiego i kolejnego ratownika. Ci zaś przygotowali poszkodowanego do transportu. Po chwili jeden z nich wraz z ratowanym mężczyzną i helikopterem uniósł się w gorę i odleciał.
Po ćwiczeniach z helikopterem ten sam scenariusz WOPR-owcy powtórzyli z użyciem poduszkowca, potem specjalnej łodzi itd. - Podobne ćwiczenia organizujemy też latem, także w górach, gdzie również brakuje miejsca do lądowania helikoptera - dodał Paweł Błasiak.
Wrażenie - zwłaszcza na personelu Hotelu Dębowa Góra - zrobił jeden z ratowników, Daniel Żołek. W normalnym ubraniu i na łyżwach wjechał do przerębla. Następnie wydostał się z niego, wyciągnął z plecaka suche ubranie i przebrał się przy siarczystym mrozie.
W rozmowie z Gazetą przyznał się, że nauczył się tego w Szwecji, gdzie postępowania jak radzić sobie w takich sytuacjach uczy się już młodzież. Dzięki temu nie trzeba angażować ratowników i ponosić kosztów akcji ratunkowych. Chodząc po lodzie Szwedzi zakładają m.in. odpowiednie buty i zabierają ze sobą plecak z suchą odzieżą, która zawsze jest ułożona w taki sposób, by odpowiedniej kolejności ją zakładać. Wiedzą, że nie krzyczy się w wodzie, bo to osłabia organizm i wiedzą jak wydostać się z wody na lód.
Konferencję zorganizował Mazowiecki Urząd Wojewódzki, prezydent Płocka oraz WOPR.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień






więcej zdjęć
