Byli w szpitalu. A do dziecka musiał wzywać karetkę

Aleksandra Dybiec
26.06.2012 , aktualizacja: 26.06.2012 20:31
A A A Drukuj
Szpital na Winiarach

Szpital na Winiarach (Fot. Piotr Augustyniak / Agencja Gazeta)

- Ratujcie dziecko! Spadło z łóżka i nie może się ruszać! - krzyczał przejęty mężczyzna, gdy wpadł na izbę przyjęć do szpitala na Winiarach. Tylko że nikt szczególnie się nim nie zainteresował, odesłano go do poradni urazowej. Mężczyzna musiał więc wezwać karetkę. Do szpitala
Zdenerwowany mężczyzna przyszedł do nas w piątek pod wieczór. Po to, by opowiedzieć historię, jaka przydarzyła mu się kilka godzin wcześniej. - Chciałbym ostrzec wszystkich, którzy myślą, że w szpitalu wojewódzkim uzyskają fachową pomoc. Nie przeczę, są tam świetni lekarze, ale najwidoczniej nie na izbie przyjęć - mówił podniesionym głosem.

Był piątkowy ranek. Dziadek krzątał się przed domem, wewnątrz budynku na telewizję patrzył jego trzyipółletni wnuczek. Spuszczony chwilowo z czujnego oka mamy, chłopczyk spadł z kanapy. Tak niefortunnie, że nie mógł się poruszyć.

Dziadek owinął chłopca w koc, podłożył pod plecy poduszki i pojechał na Winiary. Samochód z dzieckiem i jego mamą zostawił przed parkingiem z opuszczonym szlabanem. Sam pobiegł na izbę przyjęć.

- Krzyczałem, żeby ratowali dziecko! Tłumaczyłem, że spadło z łóżka i nie może się ruszać. Panie w dyżurce odwróciły się niechętnie i poinformowały, że powinienem iść z dzieckiem do poradni chirurgii urazowej, która jest właściwie po sąsiedzku - opowiadał. Nie mógł się nadziwić, że personel szpitalny kompletnie nie zainteresował się losem chłopca. Podczas wymiany zdań z paniami, na korytarzu pojawił się człowiek, którego nasz czytelnik wziął za lekarza. - Ofuknął mnie, żebym nie robił burd w szpitalu, nazwał łobuzem. I znowu o tej urazówce. Zapytałem więc tego pana, czy słyszy to, co mówi. Przecież chodzi o dziecko, a on jest od tego, by ratować ludzi! Zapytał mnie w końcu: "A to ja go zrzuciłem z tego łóżka?". Nie wytrzymałem i powiedziałem, że skoro nikt nie chce mi w szpitalu pomóc, to dzwonię na pogotowie. On na to: "To niech sobie pan dzwoni!" - kontynuował dziadek chłopca.

W efekcie nikt ze szpitala nawet nie wyszedł i nie obejrzał chłopca. Dziadek wezwał karetkę. Podał... adres szpitala. Lekarz z karetki zbadał chłopczyka, założył mu kołnierz ortopedyczny, przewiózł do urazówki. Tam okazało się, że - na szczęście - dziecko naciągnęło sobie tylko ścięgna w okolicy szyi.

- To był pielęgniarz, nie lekarz - prostuje na wstępie Jolanta Górecka, wicedyrektor ds. pielęgniarstwa. - Rozmawiałam z moim pracownikiem. Stwierdził, że nie pamięta kwestii karetki. I że o jej przyjeździe dowiedział się dopiero ode mnie. W każdym razie dziadek chłopca na pewno nie dzwonił po pogotowie przy pielęgniarzu.

Górecka przedstawia nieco inną wersję wydarzeń. Według niej pielęgniarz przechodził z jednej sali do drugiej, gdy natknął się na zdenerwowanego mężczyznę dyskutującego z paniami na izbie przyjęć. Podszedł, zapytał, o co chodzi. Usłyszał o dziecku, które spadło z łóżka, i jego bólach kręgosłupa. A także pytanie, gdzie dziadek ma się udać z wnukiem. - Pielęgniarz udzielił temu panu właściwej informacji, że powinien iść na urazówkę. Absolutnie nie nazwał go łobuzem. To ten pan zaczął używać różnych epitetów pod adresem personelu szpitala - relacjonuje wicedyrektor ds. pielęgniarstwa.

A czy pielęgniarz, widząc silne emocje u dziadka, nie mógł po prostu wyjść i zobaczyć, co się dzieje z jego wnuczkiem? Jolanta Górecka - powtarzając także opinie "doświadczonego personelu" - twierdzi, że jeśli ktoś przywozi człowieka po tego typu urazie swoim autem, to najwidoczniej jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. I że można takiego pacjenta zaprowadzić do urazówki. - Myślę, że obie strony nie miały szansy do logicznej komunikacji i stąd to wszystko. W każdym razie poprosiłam pielęgniarza, żeby na przyszłość o wszystko dokładnie pytał - mówi wicedyrektor.

Dziadek chłopca może liczyć na przeprosiny?

- Ten pan był u mnie i niezależnie od wszystkiego, przed rozmową z moimi pracownikami, przeprosiłam go. A i tak nie jestem w stanie powiedzieć, kto ma rację - odpowiada Górecka.

Nasz czytelnik: - Pani dyrektor nie wie, jak było, ale jednak wierzy swojemu pracownikowi? Nie chce mi się już tego komentować, brak mi słów na to wszystko...

Zobacz więcej na temat: