Zestrzelony karaś spadł... na seminarium
10.09.2010
, aktualizacja: 10.09.2010 20:40
Szczególną rocznicę obchodził Płock 6 września. Siedemdziesiąt jeden lat temu, podczas kampanii wrześniowej, polscy artylerzyści zestrzelili nad miastem samolot. Polski samolot. Maszyna spadła na bibliotekę seminarium duchownego. Zginęli strzelec i obserwator karasia. Uratował się jedynie pilot - Walerian Nowakowski. Choć i wtedy jego życie zawisło na włosku. - Ręce do góry! - krzyczał żołnierz, przekonany, że celuje do niemieckiego lotnika
„Komendant bazy numer 6, zapalając papierosa, powiedział cicho: »Chyba już się zaczyna... «”. W tym samym czasie podobne telegramy otrzymali komendanci baz oznaczonych numerami 1, 2 i 5.
Tak zaczęła się II wojna światowa dla Brygady Bombowej - jednostki lotniczej, która od 2 do 17 września 1939 r. wykonała 335 lotów bojowych. Jeden z nich zakończył się szczególnie tragicznie.
Rozkaz
Jest noc 6 września 1939 r. W pokoju dowódcy dywizjonu zbiera się cały sztab Brygady Bombowej. Mjr Peszke przekazuje rozkaz: "Załoga, zaopatrzona w pełne taśmy amunicji do karabinów maszynowych i dwie bomby oświetlające, wykona rozpoznanie dla dowództwa grupy operacyjnej armii Pomorze. Należy rozpoznać, które mosty na Wiśle na odcinku od Modlina do Włocławka są nieuszkodzone. Następnie wrócić do Płocka i stamtąd udać się w kierunku Ciechanowa, w celu ustalenia lokalizacji i rodzajów broni nieprzyjaciela w tym rejonie. Podczas lotu należy koniecznie ominąć Warszawę. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, iż samolot może być zestrzelony przez polską artylerię przeciwlotniczą".
Na linii lotu stacjonują polskie oddziały, które mogą pomylić polskie Karasie z samolotami Luftwaffe. Załoga musi być tego świadoma. Szybko ustala trasę lotu: Modlin - Włocławek - Płock - Ciechanów.
A w Płocku cisza
Tymczasem w Płocku ulice pustoszeją. Mieszkańcy chowają się w domach, w strachu przed niemieckim nalotem. Płockie gazety - te, których wrześniowe numery można jeszcze znaleźć - milczą.
Jeśli zajrzymy do prasy z tamtego okresu, zauważymy, że ostatnie wydania ukazały się pod koniec sierpnia. Tylko miesięczniki, których wrześniowe numery nie zostały wycofane z kiosków, wspominają w swoich wstępnych artykułach o najeździe III Rzeszy na Polskę.
Katolicki miesięcznik "Myśl i Czyn" pisze: "Chwile obecne to wielkie chwile dziejowe. (...) Modlimy się więc wszyscy serdecznie i błagamy Stwórcę o zmiłowanie".
Strzały w ciemności
Chwilę po północy samolot z ppor. Kazimierzem Stangretem, strzelcem Januszem Sawickim i kpr. Walerianem Nowakowskim podrywa się do lotu. Nad Modlinem załoga widzi płonące, zniszczone przez Niemców zabudowania.
Karaś przelatuje nad Wyszogrodem i kieruje się nad Płock. Tak opisze to później sam Walerian Nowakowski w swojej wspomnieniowej książce*: "Płonął drewniany most w Wyszogrodzie. W Płocku cisza i spokój, na ulicach nie widać żywej duszy. Ppor. Stangret ustalił, że most na Wiśle nie był uszkodzony; jego cień odbijał się wyraźnie w wodzie. Samolot leciał dalej (...) Pierwsza część zadania została wykonana".
Nad Płockiem załoga słyszy uderzenia pocisków o blachę skrzydeł i kadłuba. To strzały polskich artylerzystów. Są przekonani, że celują do jednostek Luftwaffe.
W dół
Walerian Nowakowski napisze później: „Pilot, spoglądając w prawo, zauważył płomienie pod skrzydłami. Znajdowały się tam trzy zbiorniki z paliwem! Leżący w gondoli obserwator [ppor. Stangret - przyp. red.] powinien dojrzeć ogień w skrzydle, dlaczego więc nie zbliżył się do kabiny pilota, by ustalić dalsze postępowanie. Czyżby ppor. Stangret był ranny? (...) »Karaś « osiągnął już wysokość 1000 metrów. Ponieważ brakowało połączenia fonicznego z załogą, pilot donośnym głosem krzyknął: opuścić maszynę! Ponowił za chwilę komendę, ale w powietrzu nie wykwitły czasze spadochronów”.
Artyleria nadal śle pociski w stronę polskiego samolotu. Wskazówka wysokościomierza w karasiu opada, wskazując regularnie o 100 metrów mniej. Pilot rozgląda się, szukając spadochronów kolegów. W końcu sam decyduje się na skok. Wysokość - 450 m.
Artylerzyści szczęśliwie nie trafiają w czaszę spadochronu. Nowakowski ląduje na ziemi, gdzieś w okolicach seminarium duchownego. Chowa się w pierwszej napotkanej stodole. Słyszy zbliżające się kroki. Ktoś biegnie od strony ulicy.
Pomyłka
W końcu staje przed nim polski żołnierz. - Ręce do góry! - krzyczy, przekonany, że celuje do niemieckiego lotnika. Nowakowski protestuje, wyjaśnia, że jest polskim żołnierzem. Ale piechur wydaje się go nie słyszeć, strzela ostrzegawczo nad jego głową. Nadbiegają kolejni żołnierze.
- Co, jeszcze bawisz się z tym szkopem? - wykrzykują.
Na szczęście zjawia się oficer z kawalerii stacjonującej w Płocku. Nowakowski pokazuje mu m.in. guzik z orłem białym, przekonuje, że jest Polakiem. Z ulicy przybiega wzburzona kobieta. Zamierza się na Nowakowskiego kamieniem, ale oficer kawalerii wyjaśnia: - To jest polski lotnik. "Kamień wypadł kobiecie z rąk, wybuchnęła szlochem" - opisuje Nowakowski.
Lotnik dostrzega w oddali swojego karasia. Wrak samolotu tkwi w budynku biblioteki seminarium duchownego. W pobliżu leżą zmasakrowane zwłoki Stangreta i Sawickiego.
Okazuje się, że zginęli od pocisków polskiej baterii 6 lwowskiej artylerii przeciwlotniczej. Jej dowódcą jest kapitan Bandrowski, z którym Walerian Nowakowski spotka się później, w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen.
Księża z seminarium przyrzekają zająć się pogrzebem.
Czas spłaty długów
Po 55 latach od zestrzelenia karasia "Kurier Mazowiecki" (nr 36, 11 września 1994 r.) napisze: "Płock nadal nosi brzemię winy za bratobójczą śmierć pilotów (...) Płock ofiarował im miejsce w zbiorowej mogile ofiar nalotów wrześniowych, betono-podobny krzyż z niewiele mówiącą inskrypcją - wykaz nazwisk. Mieszkańcy Płocka nie poznają w ten sposób swojej historii. Nadszedł czas spłaty długów wobec pilotów".
Do dziś w wyglądzie pomnika nic się nie zmieniło. W poniedziałek, 6 września, w 71. rocznicę tragicznego wydarzenia kilku miłośników historii z Płocka złożyło pod zbiorową mogiłą na cmentarzu przy Kobylińskiego znicze i kwiaty.
*Korzystałem z książki "Brygada bombowa - kurs bojowy" Jerzego Pawlaka i Waleriana Nowakowskiego
Tak zaczęła się II wojna światowa dla Brygady Bombowej - jednostki lotniczej, która od 2 do 17 września 1939 r. wykonała 335 lotów bojowych. Jeden z nich zakończył się szczególnie tragicznie.
Rozkaz
Jest noc 6 września 1939 r. W pokoju dowódcy dywizjonu zbiera się cały sztab Brygady Bombowej. Mjr Peszke przekazuje rozkaz: "Załoga, zaopatrzona w pełne taśmy amunicji do karabinów maszynowych i dwie bomby oświetlające, wykona rozpoznanie dla dowództwa grupy operacyjnej armii Pomorze. Należy rozpoznać, które mosty na Wiśle na odcinku od Modlina do Włocławka są nieuszkodzone. Następnie wrócić do Płocka i stamtąd udać się w kierunku Ciechanowa, w celu ustalenia lokalizacji i rodzajów broni nieprzyjaciela w tym rejonie. Podczas lotu należy koniecznie ominąć Warszawę. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, iż samolot może być zestrzelony przez polską artylerię przeciwlotniczą".
Na linii lotu stacjonują polskie oddziały, które mogą pomylić polskie Karasie z samolotami Luftwaffe. Załoga musi być tego świadoma. Szybko ustala trasę lotu: Modlin - Włocławek - Płock - Ciechanów.
A w Płocku cisza
Tymczasem w Płocku ulice pustoszeją. Mieszkańcy chowają się w domach, w strachu przed niemieckim nalotem. Płockie gazety - te, których wrześniowe numery można jeszcze znaleźć - milczą.
Jeśli zajrzymy do prasy z tamtego okresu, zauważymy, że ostatnie wydania ukazały się pod koniec sierpnia. Tylko miesięczniki, których wrześniowe numery nie zostały wycofane z kiosków, wspominają w swoich wstępnych artykułach o najeździe III Rzeszy na Polskę.
Katolicki miesięcznik "Myśl i Czyn" pisze: "Chwile obecne to wielkie chwile dziejowe. (...) Modlimy się więc wszyscy serdecznie i błagamy Stwórcę o zmiłowanie".
Strzały w ciemności
Chwilę po północy samolot z ppor. Kazimierzem Stangretem, strzelcem Januszem Sawickim i kpr. Walerianem Nowakowskim podrywa się do lotu. Nad Modlinem załoga widzi płonące, zniszczone przez Niemców zabudowania.
Karaś przelatuje nad Wyszogrodem i kieruje się nad Płock. Tak opisze to później sam Walerian Nowakowski w swojej wspomnieniowej książce*: "Płonął drewniany most w Wyszogrodzie. W Płocku cisza i spokój, na ulicach nie widać żywej duszy. Ppor. Stangret ustalił, że most na Wiśle nie był uszkodzony; jego cień odbijał się wyraźnie w wodzie. Samolot leciał dalej (...) Pierwsza część zadania została wykonana".
Nad Płockiem załoga słyszy uderzenia pocisków o blachę skrzydeł i kadłuba. To strzały polskich artylerzystów. Są przekonani, że celują do jednostek Luftwaffe.
W dół
Walerian Nowakowski napisze później: „Pilot, spoglądając w prawo, zauważył płomienie pod skrzydłami. Znajdowały się tam trzy zbiorniki z paliwem! Leżący w gondoli obserwator [ppor. Stangret - przyp. red.] powinien dojrzeć ogień w skrzydle, dlaczego więc nie zbliżył się do kabiny pilota, by ustalić dalsze postępowanie. Czyżby ppor. Stangret był ranny? (...) »Karaś « osiągnął już wysokość 1000 metrów. Ponieważ brakowało połączenia fonicznego z załogą, pilot donośnym głosem krzyknął: opuścić maszynę! Ponowił za chwilę komendę, ale w powietrzu nie wykwitły czasze spadochronów”.
Artyleria nadal śle pociski w stronę polskiego samolotu. Wskazówka wysokościomierza w karasiu opada, wskazując regularnie o 100 metrów mniej. Pilot rozgląda się, szukając spadochronów kolegów. W końcu sam decyduje się na skok. Wysokość - 450 m.
Artylerzyści szczęśliwie nie trafiają w czaszę spadochronu. Nowakowski ląduje na ziemi, gdzieś w okolicach seminarium duchownego. Chowa się w pierwszej napotkanej stodole. Słyszy zbliżające się kroki. Ktoś biegnie od strony ulicy.
Pomyłka
W końcu staje przed nim polski żołnierz. - Ręce do góry! - krzyczy, przekonany, że celuje do niemieckiego lotnika. Nowakowski protestuje, wyjaśnia, że jest polskim żołnierzem. Ale piechur wydaje się go nie słyszeć, strzela ostrzegawczo nad jego głową. Nadbiegają kolejni żołnierze.
- Co, jeszcze bawisz się z tym szkopem? - wykrzykują.
Na szczęście zjawia się oficer z kawalerii stacjonującej w Płocku. Nowakowski pokazuje mu m.in. guzik z orłem białym, przekonuje, że jest Polakiem. Z ulicy przybiega wzburzona kobieta. Zamierza się na Nowakowskiego kamieniem, ale oficer kawalerii wyjaśnia: - To jest polski lotnik. "Kamień wypadł kobiecie z rąk, wybuchnęła szlochem" - opisuje Nowakowski.
Lotnik dostrzega w oddali swojego karasia. Wrak samolotu tkwi w budynku biblioteki seminarium duchownego. W pobliżu leżą zmasakrowane zwłoki Stangreta i Sawickiego.
Okazuje się, że zginęli od pocisków polskiej baterii 6 lwowskiej artylerii przeciwlotniczej. Jej dowódcą jest kapitan Bandrowski, z którym Walerian Nowakowski spotka się później, w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen.
Księża z seminarium przyrzekają zająć się pogrzebem.
Czas spłaty długów
Po 55 latach od zestrzelenia karasia "Kurier Mazowiecki" (nr 36, 11 września 1994 r.) napisze: "Płock nadal nosi brzemię winy za bratobójczą śmierć pilotów (...) Płock ofiarował im miejsce w zbiorowej mogile ofiar nalotów wrześniowych, betono-podobny krzyż z niewiele mówiącą inskrypcją - wykaz nazwisk. Mieszkańcy Płocka nie poznają w ten sposób swojej historii. Nadszedł czas spłaty długów wobec pilotów".
Do dziś w wyglądzie pomnika nic się nie zmieniło. W poniedziałek, 6 września, w 71. rocznicę tragicznego wydarzenia kilku miłośników historii z Płocka złożyło pod zbiorową mogiłą na cmentarzu przy Kobylińskiego znicze i kwiaty.
*Korzystałem z książki "Brygada bombowa - kurs bojowy" Jerzego Pawlaka i Waleriana Nowakowskiego
- 3 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Z Płockiego Strychu. Nie zapomnę tej krwi ...
- Poniedziałek na żywo. Aaale promocja w Auchan!
- Środa na żywo. Płock zasypany. Trwa ...
- Nowe meble prezydenta Nowakowskiego. Za ...
- Nocny wypadek przy ul. Wyszogrodzkiej. ...
- Wtorek na żywo. Walentynki i wizyta na ...
- Termy w Gostyninie. Powstaną? Nie powstaną?




więcej zdjęć
